rozdział: 1/? pogłos zatartych lat
pairing: Reituki
gatunek: przygotujcie się na wszystko, od fluffa, przez smut i aż po ciężki angst
notka odautorska: Oto moje pierwsze opowiadanie, które zdecydowałam się tutaj opublikować. Proszę, bądźcie dla mnie wyrozumiali, bo tak jak mówiłam wcześniej, w pisaniu dopiero raczkuję (tydzień temu ukończyłam gimnazjum, heloł). Mam wiele pomysłów, które chciałabym w przyszłości zrealizować, jednak na ten moment planuję skupić się przede wszystkim na tym multichapterze (jedyne, czego możecie się jeszcze ode mnie spodziewać - oneshoty). Liczę na to, że przyjmiecie mnie tutaj ciepło, a w komentarzach nieco ułatwicie mi rozwijanie mojego nad wyraz skromnego warsztatu pisarskiego. Życzę Wam miłego czytania i mam nadzieję, że będziecie tu często zaglądać. - sarenka
Był sam.
Siedział na obskurnej ławce przed wyludnionym placem z uniesioną ku burzowym chmurom głową. Poszarzały afisz przyczepiony do gładkiej, marmurowej powierzchni rozmył deszcz, formując z niego lepką, brudną masę. Pomimo żałosnego wyglądu, cierpliwie czekał na swój koniec, pozwalając, by panoszący się między budynkami wiatr porwał go na strzępy. Żaden z przechodniów, pracowników sali koncertowej nie wpadł jednak na pomysł, aby go zerwać. Ludzie nie zwracali większej uwagi na takie szczegóły jak niszczejący kawałek papieru, kiedy na zewnątrz spokojny spacer utrudniał deszcz, nie grożący im już w ciepłych domach. Ludzie trzymający ciasno rączki swoich parasoli w dłoniach zbiegali się do podziemia jak przygaszone ćmy lgnące w mroku do każdej drobiny światła. Ta jakże typowa dla późnej, japońskiej jesieni wilgoć unosiła się w powietrzu, zaś on cieszył się każdą jej chwilą. Takanori nie był tak skory do powrotu jak reszta. To nie tęsknota za domem zaciskała jego gardło, lecz coś zgoła innego. Drżące w chudej piersi uczucie, które wyciskało wtedy łzy z ciemnych oczu ukrytych pod przemokniętą grzywką nie opuściło go aż do teraz. Drobna kropla deszczu osiadła na jego bladym policzku i powoli spływając ku dołowi, pozostawiła za sobą chłodny, wilgotny szlak. Otwarte tamtego wieczora rany wciąż bolały, przeszywając jego pamięć na wskroś...
Ale lepiej zacznijmy od początku.
czwartek, 16 listopada
Wchodząc w górę po kamiennych schodach, zdjął osłaniający jego głowę kaptur lekkiego, kawowego płaszcza, spod którego wyjrzała para hebanowych oczu. Na kilka sekund zawiesił łagodne spojrzenie na wygaszonym ekranie telefonu, w którym odbijała się na pozór znajoma twarz. Przy pomocy dwóch kliknięć skupił wzrok na dwóch parach cyfr składających się na godzinę. Tym samym zablokował wszystko wokół siebie, głosy ludzi nagle ucichły, stukanie na sąsiedniej budowie ustało, wszelkie dźwięki buzujące od ulic gdzieś się rozmyły, a czas zdawał się dłużej nie płynąć. Zastygł w miejscu wyprostowany i gotowy do podjęcia kroku naprzód. Drżące usta udowadniały jednak, że nie był jedynie posągiem z kamienia. Odetchnął głęboko, by ugasić nieco swoją trwogę, kiedy na dnie jego umysłu poruszyły się dawno nieodkurzane obrazy. Ze zdecydowaniem złapał za zimną w dotyku klamkę ciężkich, mahoniowych drzwi starej kamienicy. Dał ulecieć skłębionym pod jego czaszką pytaniom. Niech odlatują za ptakami, on zdążył się już stęsknić za spokojem. To miał być jego pierwszy dzień tutaj, w domu, gdzie planował zacząć swoje dotychczas marne życie od początku, wyrzucając za siebie raz wyrwane kartki z kalendarza.
W holu panowała względna cisza. Starszy pan z posiwiałymi po bokach włosami wyminął go na parkiecie odpowiadającym skrzypieniem na każdy z jego twardych kroków. Chłopak rozejrzał się wokół, znów nabierając powietrza pełną piersią. Zważając na to, że winda była nieczynna, wspiął się na drugie piętro po nadgryzionych zębem czasu schodach. Szeroki korytarz oświetlony był bladymi żarówkami w poszarzałych kinkietach. Po rozpięciu suwaka, wyjął z głębokiej, smolistej torby parę kluczy. Przekręcając je w zamku, pchnął drewniane drzwi, by wejść do środka. Jego bystre oczy rozejrzał się wokół ciekawie. Mieszkanie już na pierwszy rzut oka wydawało się dużo przytulniejsze od jego poprzedniego. Takanori zsunął z ramion cienki płaszcz, wieszając go na pustym wieszaku, po czym zajrzał w głąb domu. Czekał tam na niego salon połączony z kącikiem kuchennym, skromna łazienka oraz przeciętnych rozmiarów sypialnia. Łóżko stojące pośrodku pokoju przyciągnęło jego wzrok ciemnym kocem ułożonym na kremowej pościeli. Zmęczony wszelkimi wrażeniami związanymi z przeprowadzką, poczłapał do niego ze zbolałym grymasem na twarzy i opadł całym swoim ciałem na puszysty materac.
Równie prędko jak zatopił nos w miękkiej niczym jedwab poduszce, chłopak poczuł podstępne łzy, zbierające się w kącikach jego ciemnych oczu. W wyrazie bezsilności przymknął od dawna ociężałe powieki. Zacisnął pięść na poduszkach, mamrocząc coś do siebie o słabości. Panicznie starał się odciąć swój umysł od napływających wspomnień, pragnął choć chwili wytchnienia. Skulił swoje ciało na pościeli, przez co wyglądał na jeszcze mizerniejszego niż zwykle. Obiecał sobie, że przyjemnie ten dar z dumą, jednak nie był w stanie wstrzymać na wodzy swoich nie tyle palących, co już parzących uczuć. Pragnął odpocząć od ciągłego analizowania słów ojca. Zatęsknił za obojętnością i spokojem ducha, bo ten ciężar, który nie opuszczał jego piersi był przytłaczający. Przez ostatnie dni nie doznał sekundy, kiedy poczułby się w pełni bezpieczny. Od środka dręczyły go te same obrazy. Koszmary, przez które budził się z podkrążonymi oczami.
Takanori został porzucony jak wadliwa zabawka. Jego rodzice zrezygnowali z opieki nad nim jeszcze zanim ułożyli go w kołysce. Ojciec chłopaka pracował w poważnej korporacji, mając już u swojego boku wysoko postawioną żonę i pierworodnego następcę, kiedy jedna z kochanek biznesmena zaszła w ciążę. Teraz, kiedy drugi z synów dorósł, postanowił odsłonić przed nim swoją twarz. Zdecydował się na ten krok tylko po to, by w wyrazie chwilowej łaski podarować mu ten dom, zapewnić lepszy start, jak sam to określił. Liczył, że ukoi tym swoje sumienie. Po osiemnastu latach w przytułku, będąc poniewieranym i osamotnionym, Takanori nie czuł względem jego osoby nawet krzty wdzięczności. Gorliwie dbał, by do wypracowanej przez lata pustki w jego duszy nic innego nie przenikło. Nie potrzebował w końcu kolejnych upokorzeń. Zaś ból, pod różnymi postaciami, towarzyszył mu w tym okresie zbyt często i długotrwale.
Z tego, czego udało mu się dowiedzieć w przeciągu ostatnich tygodni, jego rodzicielka należała to kobiet lekkich obyczajów. Nie miała oporów przed sypianiem z żonatymi, aczkolwiek przede wszystkim bogatymi, facetami. Pochodziła z niechlubnej dzielnicy nędzy i tylko dzięki swoim niebanalnym wdziękom udało jej się stamtąd uciec. Jednakże zdaniem Takanoriego brud, w którym się przez to umazała, był jeszcze gorszy od tego pierwotnego. Czy sprzedanie się jest lepsze od biedy, pytał samego siebie, spoglądając w ciszy na sufit. W dniu, kiedy na jaw wyszło, że kobieta jest w ciąży, jako pierwsza do jej głowy wpadła aborcja. Dzięki niej od razu pozbyłaby się powoli rosnącego problemu, jakim był dla niej syn oraz dowodów na jego istnienie. Zważając jednak na fakt, że odstraszał ją tego typu zabieg na, bądź co bądź, ale jej własnym ciele, zdecydowała się urodzić Takanoriego. Nie odstąpiła jednak na ten czas od nałogu palenia tytoniu i częstego topienia swoich smutków w whiskey. Przez umiłowanie matki do kultu zapominania, dziecko rozwijające się w jej wnętrzu urodziło się osłabione i wyrosło na drobniejszego od swoich rówieśników. Zaledwie dwudziestoletnia Hiromi już w szpitalu podpisała dokumenty, oddając tym samym Takanoriego pod opiekę pobliskiego domu dziecka. Lata mijały mozolnie, a los odtrąconego syna był obojętny dla obojga rodziców. Ze względu na to, że kobieta wcześniej zastrzegła, iż nie życzy sobie, by ktokolwiek adoptował jej dziecko, biedny chłopiec nie miał innego wyboru niż dorastać w przytułku. Budująca się w nim z roku na rok gorycz obudziła w nim wrażenie odtrącenia. Powtarzające się niemal każdej nocy koszmary jedynie utwardzały go w tym przekonaniu. Czyżby nie zasługiwał na drugą szansę, pytał często głuchych na jego słowa dorosłych. Nikt z tamtejszego personelu nie potrafił szczerze odpowiedzieć na jego pytanie. Inne dzieci powoli znikały, na ich miejsce zjawiały się nowe, które również wcześniej czy później wracały do swoich nowych domów. Wszystkie wyglądały na tak irytująco szczęśliwe u boku swoich nowych rodziców podczas, gdy on siedział w kącie i czekał na cud. Dorastał, obserwując jak ludzie wokół w mgnieniu oka pojawiają się i równie szybko odchodzą, kiedy on latami trwał w tym samym miejscu. Był przykuty do tego budynku i nie mógł ruszyć naprzód. Jedynie te kilka godzin poza przytułkiem, które spędzał w szkolnej ławce pozwalały mu na ucieczkę bez konsekwencji. Czasem nawet zapominał, czym takim różni się od reszty uczniów. Jednak po czymś takim powrót do rzeczywistości był bolesnym przeżyciem. Do teraz pamiętał zachwyt swojej klasy na widok jego rysunków oraz recytacji wierszy na japońskim. Były takie dni, kiedy w szarej codzienności Takanoriego brakowało właśnie tych małych rzeczy.
Leżąc na starganej w akcie bezradności pościeli, chłopak krążył bezcelowo po swoich wspomnieniach. Próbował cofnąć spływające po bladych policzkach, ciepłe łzy, wykrzywiając swoją twarz w żałosnym wyrazie. W kącikach jego ust tłoczyły się dawno przebrzmiałe pytania: Czemu los zwrócił swoje ostrze przeciw niemu? Czy rodzice od tak zostawili go na pastwę losu? I w końcu, dlaczego wydawał się być jedynie cholerną, godną śmierci pomyłką? Niepoprawne obwiniał się za to, jak bezużytecznie spędził ostatnie lata swojego życia, jaką porażką się urodził i jak zgorzkniałym przez to stał. Jednak przede wszystkim, nie mógł wybaczyć sobie, że brnął w to dalej, nie mogąc odciąć się od przeszłości. Ta rana wciąż otwierała się na nowo.
Takanori chwycił drżącą ręką za poduszkę i przykrył nią swoją twarz, na której grubymi liniami rysował się ból. Gładził drobnymi palcami delikatną w dotyku tkaninę, uspokajając się w swoim własnym tempie. Jego niespokojny oddech powoli się uregulował. W końcu dominujący do tej pory w pokoju odgłos usilnie tłumionych szlochów, zastąpił szept kropel stukających deszczu o szybę okna. Szklana powierzchnia odbijała kontury potężnego miasta, które bez wstydu lśniło w zmierzchu.
poniedziałek, 20 listopada
Kawiarnia 'Rosa' jak zwykle o tej porze dnia świeciła pustkami. Cienie pod obszernymi kapeluszami parasoli pojawiały się i w biegu znikały za frontowym oknem. O długą, lakierowaną ladę opierał się drobny chłopak. Biały fartuch i plakietka z imieniem podpowiadały, że jest jednym z pracowników. Układając brodę na chudych dłoniach, wpatrywał się gdzieś wewnątrz zacienionej sali, pomiędzy rzędy nakrytych kremowymi obrusami stolików. W kącie pomieszczenia popijał kawę lekko rozczochrany blondyn. Ubrany był w dopasowane, popielate spodnie z matowej tkaniny i swobodnie zapiętą koszulę, na lewym nadgarstku nosił cienki łańcuszek, nadający całości rockowego akcentu. Znużonym wzrokiem wodził po linijkach dokumentu, które mnożyły się przed jego zmrużonymi oczami. Stuknął parę razy w klawiaturę lekkiego, czarnego laptopa i uśmiechnął blado.
Mężczyzna często zjawiał się tu w dni, kiedy klientów obsługiwał Takanori i przy filiżance sprawnie zaparzonej kawy zajmował swoją pracą. Kawiarnia była cicha i przytulna, do środka o podobnych porach wpadali stali klienci. Panowały tu dogodne warunki do tego typu zajęć, a personel zakładu nie był też temu przeciwny. Dzwoniące monotonnie o okna krople deszczu rozbijały się na kamiennym chodniku. Mężczyzna poddał się na moment rytmice tych miarowych uderzeń, wyglądając przez szybę na zatopioną w smutnej aurze ulicę. Auta leniwie przecinały drogę, chwilę później rozmywając się na skrzyżowaniu. Przez ponurą pogodę jego myśli zaczęły obracać się wokół przygnębiających tematów. Gość westchnął, zatapiając delikatnie opaloną dłoń między płowe kosmyki włosów. Po dobrych dwóch godzinach spędzonych tutaj był już wyraźnie zmęczony, a jego kark uciążliwie pobolewał.
Takanori lubił go obserwować. Nie rozumiał jeszcze czemu, ale zwyczajnie intrygował go ten mężczyzna. A był to całkiem przystojny mężczyzna, na którym przyjemnie zawiesić sobie oko w tak pochmurny wieczór. Kiedy blondyn spoglądał przez okno, chłopak dojrzał w jego oczach obdartą z trosk, czystą łagodność. Próbował wytłumaczyć sobie jakoś to nagłe zainteresowanie nieznajomym mu mężczyzną, jednak za każdym razem jego argumenty zawodziły. Chciał chociaż poznać jego imię...
Chłopak był kelnerem od zaledwie paru tygodni, jednak ten jeden klient wciąż i niezmiennie przykuwał jego uwagę. Czasami, kiedy mężczyzna podnosił wzrok znad ekranu, przyłapywał jak para bezdennych, hebanowych oczu uważnie mu się przygląda. Popołudnia, kiedy ich spojrzenia spotkały się po raz pierwszy, był nimi wprost oszołomiony. Od dawna nie widział kogoś o spojrzeniu równie szczerym i pięknym. Z biegiem czasu starszy sam zaczął intensywniej przyglądać się drobnemu kelnerowi. Śledził jego wprawione ruchy podczas parzenia kolejnej już tego dnia filiżanki kawy. Fartuch, obejmujący delikatnie zarysowane biodra był ciasno związany z tyłu. Takanori uśmiechnął się w swój firmowy sposób, grzecznie podając klientowi jego zamówienie. Przy pomocy smukłych palców ukrył kilka zbłąkanych na jego twarzy pukli kakaowej grzywki za ucho. Odwrócił się na pięcie, by odejść, kiedy zatrzymał go lekko zachrypnięty głos.
- Poczekaj, może... Dołączysz się na chwilę? - zagadnął starszy, spoglądając z nadzieją na zaskoczonego kelnera. - Swoją drogą, jestem Akira. - przybrał przyjacielski ton, by nie odstraszyć oniemiałego jego propozycją chłopaczka. Takanoriemu nagle odebrało mowę, nie był w stanie zmusić swoje gardło, by wykrztusiło choć jedno słowo. Wyglądał jakby bił się z samym sobą, czy powinien się odwrócić.
- Ja... J-jestem w pracy... - przerwał, by zaczerpnąć oddech, bo jego usta lekko drżały. Kątem oka zerknął na pełną nadziei twarz blondyna i nabrał odwagi - Nie jestem pewny, czy mogę, proszę pana. - odparł speszony, zerkając na czubki swoich wypastowanych butów. Poczuł jak jego policzki robią się cieplejsze, ale nie był przekonany o tym, że się rumieni.
- Spokojnie, wytłumaczę cię jeśli ktoś będzie miał z tym problem - zapewnił, by pokrzepić chłopaka. - O tej porze i tak nie macie tu za dużo do roboty. Nie chcę, byś siedział sam za ladą... - ciągnął, widząc jak twarz kelnera powoli się rozpogadza. - To jak, zgoda? - kątem oka spojrzał na ozdobną plakietkę przyczepioną do kremowej koszuli chłopaka. - Ruki? Ładnie brzmi. - Akira uśmiechnął się słonecznie w ten pochmurny wieczór, a serce kelnera pierwszy raz od dawna zabiło szybciej.
- Dziękuję.
