Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reituki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reituki. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 lipca 2015

odcienie ciszy III.

seria: odcienie ciszy
rozdział: 3/? głębsze ukąszenie
pairing: Reituki
gatunek: wszystko w jednym, nie pytajcie
notka odautorska: Przyznam się bez bicia, że ostatnio wpadłam w stan wiecznego zmęczenia, ale coś dla Was z siebie wycisnęłam. Ten rozdział jest wyjątkowo pogmatwany i chyba powinnam oznaczyć go jako PG 13, ale mi się nie chce. Mam nadzieję, ze chociaż Wam się spodoba.

Od pierwszego dnia, który zachował się w moich wspomnieniach... Ich ostre spojrzenia tańczyły niedyskretnie na moich plecach. Przebijały skórę niczym cienkie igły. Wprawiały we wrażenie  odrętwienia. Zdawałem sobie sprawę z fasad, którymi otaczali mnie dorośli. W przytułku nie było dnia bez tego lepkiego uczucia. Bez bycia obserwowanym, ocenianym… Miałem wrażenie jakbym był przed nimi nadmiernie odsłonięty. Nagi. Nie pojmowałem, czemu to oni wiedzieli o rzeczach, o których sam nie miałem pojęcia. Moje gardło opętała chęć posiadania choć jednego sekretu, który zachowałbym tylko dla siebie... I dopiero, kiedy zaspokoiłem tą dziecinną zachciankę, szczerze pożawołałem... Ten sznur niemal mnie udusił.

•   •   •

Z rozwagą stawiane kroki odbijały się płytkim echem w pospolitym korytarzu. Wtórowało im ciche tykanie staromodnego zegara na obdrapanej z tapety ścianie. Obcasy skórzanych Oksfordów ze zdecydowaniem uderzały o podłogę. Rosły mężczyzna o długich, hebanowych włosach zapukał  w mahoniowe drzwi, bawiąc się nerwowo kolczykiem w dolnej wardze. Westchnieniem rozjaśnił swój umysł i bez dłuższego zwlekania wszedł do przesiąkniętego dymem papierosowym wnętrza. Poprawił rozpiętą marynarkę i odkaszlnął, by podkreślić tym swoją obecność.

- Mam to, o co pan prosił - ogłosił, nie ruszając się spod progu choćby o centymetr. Posłusznie czekał na pozwolenie. Nie miał ochoty ryzykować postrzeleniem. Nauczył się już, że nie warto przeszkadzać Ryosuke, kiedy w myślach prządł nową nić planów. Dobierał kolejne ogniwa w łańcuchu przestępstw z taką łatwością jakby grał w zwykłą układankę, którą uwielbiał jako dziecko. Tak od lat powstawała pajęcza sieć, w którą sam kiedyś wpadł. Po drugiej stronie pokoju, w głębokim, obitym drogą tkaniną fotelu siedział jego szef. Pierworodny dziedzic fortuny swojego ojca, Daisuke Matsumoto.

- Podejdź, Yuu - rzekł przeszywającym swoją głębią głosem, a jego usta wykrzywił skąpy uśmieszek. Aoi zadrżał, nie pamiętał ile czasu minęło od ostatniego razu, kiedy ktoś użył w jego towarzystwie tego imienia. Stanął przed lakierowanym biurkiem, za którym siedział drugi mężczyzna. Pokój wypełniało po brzegi mdłe światło zachodzącego słońca wpadające do wnętrza przez ogromne okno. W ciepłej poświacie leniwie wirowały drobinki kurzu. Spomiędzy spierzchniętych warg dziedzica wypłynął kłąb dymu. Zgasił tlący się blado koniuszek papierosa, wgniatając go w dno popielniczki. Ryosuke omiótł sylwetkę Yuu wypalonym spojrzeniem spod zmęczonych powiek, walizka w jego dłoni mówiła sama za siebie.

- Dzieciaki sprzedały cały towar? - zapytał ochryple, zaciągając się czymś innym, cięższego kalibru. Wkrótce kolejna fala duszącego smrodu rozlała się po pokoju, pogarszając stan zatęchłych mebli. - Powiedz mi, że tym razem każdy oddał kasę na czas - dodał z irytacją, przymykając ociężałe powieki. Rozpiął odrętwiałą dłonią kołnierzyk spłowiałej od słońca i dymu koszuli. Odcień tkaniny gryzł się z popielatą kamizelką.

- Hiro dostarczył mi pełną sumę - odpowiedział sztywno, Yuu pragnął znaleźć się już po drugiej stronie drzwi. Podczas każdego spotkania czy choćby krótkiej rozmowy z Ryosuke niepokoił go ten szalony błysk zatopiony w jego ciemnych oczach. Wiedział też aż nadto dobrze jak do tej pory kończył każdy głupiec, który nie wywiązał się na czas ze złożonej obietnicy.

- Dobrze - podsumował mężczyzna, przeczesując między kościstymi palcami pasma smolistych włosów. Rozmyślał nad swoją następną komendą, na parę chwil zawieszając ich w niezręcznej ciszy. - W przyszłym tygodniu spodziewam się gościa, więc informuj mnie o wszelkich komplikacjach.

- Gościa? - wyrwało się z gardła Yuu. Mężczyzna natychmiast przeniósł dławiące spojrzenie z dokumentów na pobladłą twarz podwładnego. Uśmiechnął się chytrze, widząc jak nogi w skrupulatnie dobranych spodniach same się pod nim uginają.

- Braciszek przyjeżdża.

sobota, 3 grudnia

Z obszytych rdzą rynn leniwie skapywały drobne krople deszczu. Wgłębienia grafitowych płyt chodnika zapełniały się kałużami. W powietrzu unosiła się ciężka woń wilgoci, zwiastująca kolejną burzę. Takanoriemu zapach ten przywodził na myśl odrętwienie po męczącym dniu w pracy. Szpary między szczytami budynków gęsto wypełniły ciemne, kłębiaste chmurny. Bury pies z podkulonym ogonem przebiegł na drugą stronę ulicy. Po okolicy rozproszył się złowróżbny pomruk grzmotu. Takanori skulił się w kącie kamiennych schodów, desperacko szukając resztek ciepła w swoim cienkim płaszczu. Tamten dzień był tak złudnie podobny do tego kilka lat temu...

Matsumoto chuchnął na pobladłe koniuszki palców, obserwując jak lekko się zarumieniają. Nagie gałęzie pobliskiego drzewa zaszumiały pod naciskiem grudniowego wiatru. Zaciekawiony chłopak uniósł głowę, kiedy do jego uszu przedarł się rozrywający spokój ulicy warkot motoru. Akira zahamował dziko tuż przy krawężniku, równie kocim ruchem zsiadając z warczącej bestii. Zaimponował tym młodzieńcowi, który z przyjemnością zawiesił na nim swoje ciemne, bezdenne oczy. Takanori otulił łagodnym spojrzeniem męską sylwetkę. Spod czarnego kasku wypłynęła fala blond włosów, podgolonych nieco po bokach i z tyłu.  Starszy zaczesał dłonią niesforne kosmyki i uśmiechnął się szczerze do oniemiałego Rukiego. Osiemnastolatek prędko zszedł ze schodów i stanął kawałek przed swoją dzisiejszą randką. Nadal nie dowierzał samemu sobie, że zgodził się na coś takiego. Spomiędzy ust chłopaka uciekł biały kłębek zmrożonej pary. Takanori uniósł się na palcach, by dosięgnąć policzka Suzukiego, a następnie złożyć na nim delikatnego całusa. Dotyk miękkich warg chłopaka był zaskakująco ciepły.

- Hej, Takkun. Nie zmarzłeś tutaj? - zagadnął, czochrając przy tym idealnie ułożone włosy bruneta. Matsumoto wywrócił oczami, próbując powstrzymać dłoń starszego przed całkowitym skotłowaniem jego skrupulatnie przygotowanej fryzury. Układanie tych długich, kakaowych pasm nie należało w końcu do najłatwiejszych zajęć.

- Nie wiedziałem, że jeździsz na motorze - odparł z delikatnym uśmiechem. Udało mu się wyswobodzić głowę spod dotyku ciepłych rąk Akiry. Ku własnemu zdziwieniu zauważył, że już chwilę później ów para dłoni powędrowała znacznie niżej, zatrzymując się na wysokości jego subtelnej talii. - I... Teraz nie jest już tak zimno - dodał cicho, chowając twarz w rozgrzanym torsie mężczyzny. Akira nie wiedział, co powinien na to odpowiedzieć, więc z zakłopotaniem pogładził plecy chłopaka.

- To jak, gotowy? - zapytał głębszym niż zwykle głosem. Brunet uniósł wzrok, spoglądając na starszego hebanową parą oczu, w których iskrzyły się drobne świetliki. Akira nadal nie rozumiał jak to możliwe, że jedno niewinne spojrzenie potrafiło przeszyć jego duszę na wskroś.

- Jasne, że gotowy - odparł Takanori, kiedy między jego blade palce został wepchnięty drugi kask. W przeciągu sekundy mina chłopaka nabrała gorzkiego wyrazu - Ale moje włosy... – mruknął z pretensją, rozpoczynając tym nową serię narzekań. Akira zaśmiał się dźwięcznie, pomagając mu nałożyć sprzęt bez zbytniego uszczerbku na jego cennej fryzurze.

- Wsiadaj, królewno - odrzekł z uśmiechem Akira, po czym chłopak warknął na niego obrażony. Siedzący z tyłu Takanori złapał się kurczowo okrytych skórzaną kurtką pleców starszego, wyczuwając pod dopasowaną tkaniną zarys dobrze zbudowanego ciała. Chłopak zadrżał wraz z pomrukującym drapieżnie silnikiem motoru, a już kilka sekund później pędzili przed siebie ulicami Tokio.

•  •  •

- Śmiało, rozgość się w mojej jaskini - Suzuki przekręcił klucz w zamku, jednym trafnym kliknięciem zapalając światło w swoim skromnym mieszkanku. Rozsznurował martensy i unosząc wzrok, zauważył lekki nieład na głowie Takanoriego. Kilka krótszych kosmyków sterczało w całkiem przypadkowych kierunkach, a chłopak usilnie próbował zmusić je do posłuszeństwa. Ciepły uśmiech rozjaśnił twarz Akiry. Nabrał ochoty, by powiedzieć mu, że wygląda uroczo, lecz zamknął usta równie szybko jak je otworzył. Uroczy to raczej niemęskie słowo, prawda?

Takanori odwiesił płaszcz, swoim strojem od razu przykuwając uwagę Suzukiego. Luźna, popielata bluzeczka odsłaniała blade ramiona oraz delikatne obojczyki chłopaka. Smukłą szyję podkreślał czarny i wąski choker. Ciemne jak sadza, przylegające do zgrabnych nóg rurki jedynie dopełniały całości wraz z drobnym, uwydatniającym głębię jego oczu makijażem. Chłopaka speszyło badające spojrzenie, które zawiesił na nim Akira. Przygryzł pełną wargę, co również nie umknęło jego uwadze. Suzuki uważał ten nawyk za niepoprawnie kuszący. Blondyn wychwycił, że odsłonięty płatek ucha bruneta zarumienił się dyskretnie. Suzuki odwrócił wzrok ze skomplikowanym wyrazem wypisanym na twarzy. Nie minęło jeszcze pół godziny, a on już się zagalopował, zagapił. Miał ochotę strzelić sobie mentalnego liścia za coś takiego.

- Wybacz, zamyśliłem się - wytłumaczył pan domu, prowadząc gościa do przytulnego salonu z widokiem na okryte cieniem miasto. Chłopak nie był pewien, czy chciałby wiedzieć, co takiego zaprzątało myśli Akiry. Wstydził się o to zapytać. Zadziwił tym samego siebie, bo do tej pory filuterna rozmowa ze starszym nie budziła większego kłopotu.  - Masz na coś ochotę? - tymi słowami Akira sprowadził chłopaka do parteru.

- Colę? - odpowiedział z pytaniem w głosie, rozsiadając się wygodnie na kanapie z imitacji skóry. Tymczasem Akira zaszył  się w aneksie kuchennym, przeglądając zawartość półek w gorączkowym poszukiwaniu za czymś.

- Jesteś pełnoletni, co powiesz na drinka? Podczas studiów pracowałem trochę czasu za barem, więc mam wprawę - zaoferował, kiedy Takanori wyjrzał na niego zza oparcia kanapy. Chłopak dał sobie chwilę na zastanowienie i potrząsnął ochoczo głową. Suzuki uśmiechnął się do bruneta czarodziejsko, wyjmując na blat kilka butelek. W szkle zabarwionym na kolory trunków odbijały się iskierki lampek na suficie.

- Można tam dodać owoce? - podpowiedział chłopak, zerkając na półmisek z cytrusami obok blondyna. Akira zgodził i się, przygotowując drink dla chłopaka tak, by nie był zbyt mocny. Nie wiedział jeszcze, czy Takanori miał słabą głowę, wiec dobierał smaki na wyczucie.

Postawił napoje na przeszklonym stoliku i razem z Takanorim przedyskutował, jaki film będą oglądać. Padło na „Pulse” – horror, do którego Suzuki namówił Rukiego. Wkrótce ekran się rozświetlił, wtłaczając do głowy  Takanoriego coraz to bardziej niepokojące sceny. Akira zauważył, że w trakcie oglądania chłopak stopniowo zbliżał się do niego. Ułożył głowę na oparciu kanapy i korzystając ze skupienia chłopaka na filmie, wsunął nos między pachnące kokosem i wanilią kosmyki. Takanori trwał w skupieniu nad rozwojem filmowego scenariusza, sącząc swój drink przez słomkę. Korzystając z sytuacji, Suzuki wplątał swoje szorstkie palce miedzy jedwabiste pasma włosów Rukiego. Chłopak zamruczał zadowolony, czując jak zręczna dłoń gładzi jego czaszkę. Akira nagle zaprzestał ruchów, kiedy jego twarz okrył blady rumieniec. Znów złapał się na czymś, czego nie powinien jeszcze robić. Takanori rozczytał nieme przesłanie, spoglądając w ciemne oczy Akiry. Oboje zajęli się swoimi drinkami. W trakcie oglądania Suzuki co jakiś czas trafnie komentował zachowanie jednego z bohaterów, czym rozpogadzał Rukiego. Momentami chłopak instynktownie łapał za kolano Suzukiego, kiedy napięcie w filmie nie pozwalało mu złapać tchu. Wtedy Akira masował kojąco zaciśniętą dłoń Matsumoto, by tamten się zrelaksował. Akcja zbliżała się do kulminacji, kiedy telefon Akiry zawibrował złowróżbnie w jego kieszeni. Odgłos zdezorientował chłopaka do tego stopnia, że był gotowy rzucić się z pięściami na potencjalnego włamywacza. Uspokoił się jednak, zauważając, że to tylko dzwoniący smartphone Suzukiego. Akira widząc gnębiące go od dawna imię na wyświetlaczu, niechętnie opuścił Rukiego, by porozmawiać z ów kimś, kto najwyraźniej nie miał ani krzty wyczucia czasu.

- Czego? - warknął zniecierpliwiony, kątem oka spoglądając na chłopka kończącego swojego drinka we względnej samotności.

- Coś ty taki nerwowy? Na pewno umiesz przywitać się ładniej, gburze - odpowiedział mu gładki i lekko znudzony głos po drugiej stronie słuchawki. Jedna ze ściągniętych ze sobą brwi blondyna drgnęła z napływu irytacji. Zacisnął ciaśniej telefon w dłoni, jednak powstrzymał się przed ciśnięciem nim o ścianę. Wolał nie straszyć w ten sposób Takanoriego.

- Ach, wybacz. W czym takim mogę Ci pomóc o tak wczesnej i zupełnie stosownej godzinie, Kyo-sama? - Akira brnął dalej w rozmowę, na którą zupełnie nie miał ochoty. Był pewien, że mężczyzna znów dzwoni z jakimś błahym problemem tylko po to, by go wytrącić z równowagi. Pierwszy raz od kiedy ukończył studia trafił mu się tak uciążliwy autor. Początkowo był zadowolony z przydzielenia komuś jego pokroju tak docenianego pisarza pomimo, że dopiero raczkował w zawodzie korektora. Z biegiem czasu okazało się jednak, iż wpłynął na to przede wszystkim sposób obchodzenia się artysty ze swoimi współpracownikami. Bowiem Kyo większość, oprócz nieszczęsnego Suzukiego, nie potrafiła ścierpieć.

- Od razu lepiej - przyznał pisarz, zastanawiając się przez chwilę, co takiego miał powiedzieć. Oczywiście w oczach Akiry zwyczajnie grał na zwłokę. - Już wczoraj miałeś mi podesłać poprawioną wersję, a ja nadal jej nie widziałem. Nie mam zamiaru użerać się z wydawcą - westchnął ze zrezygnowaniem, zaś w głowie Akiry zapaliła się lampka. - We wtorek wyjeżdżam do Kyoto i nie będę mógł tego załatwić – dodał, zawieszając głos.

- Wysłałem ją dzień przed terminem, a znając tą niewytłumaczalną złośliwość twojego sprzętu, sprawdź w spamie - zaproponował Akira, cicho licząc na to, że pozbędzie się tym swojego natręta z trzydziestka na karku. Usłyszał kilka kliknięć i wdechów, jednak nadal nie doczekał się odpowiedzi.

- No... Niby jest, ale... - pisarz zmarszczył brwi, z niemal namacalną niechęcią przyznając rację Suzukiemu.

- Nie ma za co, miłego wyjazdu i dobranoc - podsumował zwięźle Akira i rozłączył się, nie dając dokończyć drugiemu mężczyźnie. Parę ulic dalej, w swoim skromnym apartamencie Kyo zapatrzył się na rażący w ciemności wyświetlacz telefonu. Odruchowo poprawił oprawki okularów na nosie i prychnął. Nie lubił dzieciaka, ale przynajmniej znał się na robocie.

- Umm, wyglądasz na zdenerwowanego… Kto dzwonił? - zagadnął Takanori, unosząc swoje kocie oczyska na wyrwaną z zamyślenia twarz blondyna. Suzuki zajął to samo miejsce na kanapie, co poprzednio, masując spięte skronie.

- Autor, z którym teraz współpracuję – odpowiedział wymijająco, kładąc dłoń na opiętym cienką tkaniną udzie Takanoriego. Nabrał ochoty, by powrócić do mozolnego głaskania jego miękkich włosów. Nie zdążył jeszcze zatopić palców w brąz pasmach, gdy chłopak uniósł swoje ciało i rozgościł się na jego kolanach. Objął go udami w pasie, stopniowo zbliżając twarz do oniemiałego Akiry. Czyżby alkohol jednak uderzył mu do głowy?

- A co jeśli jestem zazdrosny? - wymruczał okraszonym smutkiem głosem. Jego ciemne, lekko zamglone oczy niewyobrażalnie nęciły Akirę. Przymknął powieki zakończone rzędem gęstych rzęs, co obudziło starszego z transu porównywalnego do zaciągnięcia się papierosem. Owszem, ten chłopak był jak narkotyk. Blondyn sam nie zauważył, kiedy zdążył się uzależnić. Alarm dzwonił w głowie Akiry jak opętany,  jednak on zdawał się go nie słyszeć.

Mężczyzna nie odpowiedział. Dotknął szorstką dłonią delikatnej szczęki Takanoriego, a tamten posłusznie przyległ do jego ciepłego torsu. Ich usta zetknęły się ze sobą, zaś ręka Akiry powędrowała na odsłonięte ramię kelnera. Suzuki ucałował jego kształtne wargi powściągliwie, wiedząc, że jeśli teraz posunie się za daleko, nie będzie już odwrotu. Matsumoto stęknął, zawiedziony tym pospolitym muśnięciem ust. Chciał poczuć go na dłużej. W ramach zadośćuczynienia, Akira przeniósł się z subtelnymi pocałunkami na mleczną szyję Takanoriego. Chłopak westchnął cicho z aprobatą i odgiął się wdzięcznie, by dać pole do popisu mężczyźnie. Akira działał pod wpływem instynktu, szumiało mu w uszach, a serce kołatało szybciej niż zwykle. Gładka skóra chłopaka była wrażliwa na dotyk i rumieniła się pod wpływem starannych pieszczot starszego, co bardzo mu się spodobało. Chwycił zębami wąski rzemyk okalający bladą szyję, po tym jak młodszy objął go, przybierając pozycję, w której miał do niego lepszy dostęp. Kiedy Suzuki otworzył oczy, zobaczył minę, jaka wyrysowała się na zarumienionej twarzy Takanoriego. Jego hebanowe oczy były lekko przymknięte i zamglone od przyjemności, wilgotne usta rozwarte, a oddech ciężki. Akira poczuł na swojej piersi, że również sutki chłopaka stały się teraz bardziej wypukłe i twardsze niż normalnie.

- Aki - Takanori pisnął słabo, kiedy Suzuki nacisnął brutalnie palcem na jedną z jego wrażliwych brodawek.

- Jesteś taki erogenny... - szepnął pogłębionym od podniecenia głosem wprost do ucha zawstydzonego chłopaka, a wraz z ostatnim słowem Takanori poczuł uśmiech Akiry na swoim policzku. Starszy polizał płatek jego ucha, po czym zajął się powolnym smakowaniem delikatnych obojczyków Rukiego. Równocześnie zatoczył palcem kółko wokół lekko uniesionej tkaniny na chłopięcym torsie, ustami wciąż manewrując po jego nagiej skórze. Coś w odmętach jego myśli podpowiadało mu, by się opamiętał, jednak on nieświadomie wyciszał ten głos, dając się porwać żądzy.

Ruki jęknął.

Ten dźwięk obudził w Akirze uśpioną do tamtej pory samokontrolę. Spojrzał wystraszony na zaćmioną wszelkiego rodzaju uczuciami buzię Takanoriego i z cichym mlaśnięciem odsunął swoje usta od tej kuszącej skóry. Chłopak uniósł powieki, spoglądając głęboko w oczy Suzukiego, po czym kokieteryjnie oblizał swoje pełne wargi. I jak miał mu się oprzeć? Ruki zmarszczył na moment brwi, po czym otworzył szeroko oczy, pozwalając kolejnemu rumieńcowi okryć jego policzki.

- Aki, ty... J-jesteś twardy... - wyjąkał speszony, odwracając wzrok gdzieś w bok. Podczas pieszczot ocierali się o sobie, co naturalnie za skutkowało podnieceniem. Akira zmieszał się, pośpiesznie odklejając od siebie otrzeźwiałego chłopaka. Zeskoczył z kanapy na równe nogi, biegnąc w obcym dla Rukiego kierunku. Chwilę później drzwi łazienki zamknęły się z trzaskiem.

Matsumoto zamrugał parę razy z otwartymi w półsłowie ustami. Westchnął miękko i zwrócił wzrok w stronę wygaszonego ekranu telewizora. W duchu był wdzięczny, że przez ten chwilowy szok uleciało z niego całe poprzednie podniecenie. Sam nie wiedział, czemu pozwolił sobie na coś tak odważnego. Stracił czujność i zapomniał się zupełnie jakby ciało i dotyk blondyna go sparaliżowały. Dalej czuł na skórze jego ciepło, pocałunki. Wystraszył się, bo nie był jeszcze gotowy, by… To zrobić. Przed czymkolwiek innym, zapragnął najpierw obejrzeć jego wnętrze. Poznać go lepiej. Ze wsparciem Akiry mógłby spróbować otworzyć dla kogoś swoje serce, czego jeszcze nigdy wcześniej nie doświadczył.

- Wybacz, zagalopowałem się - blondyn wyznał łagodnym głosem, stając w progu salonu. Oparł się o framugę i spojrzał na Rukiego z miną zbitego psa. Takanori uśmiechnął się do niego pokrzepiająco, mamrocząc coś o tym, że nie muszą do tego wracać. Starał się nie myśleć za dużo o tym, po co takiego wyszedł do łazienki. Na jego policzkach pojawił się delikatny rumieniec, co oczywiście nie umknęło uwadze Akiry. Blondyn zaoferował, że mógłby zmienić ustawienie świateł. W półmroku zabłysnął rząd mlecznych lampek nad ich głowami. Nastroju dodawał również okazały widok na mieniące się w gwarze niezasypiających ulic miasto. Takanori był zachwycony tym ujęciem codziennego obrazu z życia Tokio. Akira też to dostrzegł. Szczere iskierki, które wcześniej przygasły, teraz na powrót tliły się w jego oczach. Akira miał nadzieje, ze kiedyś nabiorą tej jasności dzięki niemu.

- Porozmawiajmy… Chciałbym wiedzieć o tobie więcej, Taka – Suzuki przysiadł się do Rukiego, krzyżując z nim spojrzenia. Na twarzy chłopaka pojawił się drobny grymas, a błysk w oku poszarzał.

- Ty pierwszy - zareagował prędko, wkładając do ust dwa krakersy równocześnie. Spryciula. Akira zauważył już, że chłopak nie przepadł za opowiadaniem o sobie. Liczył jednak na to, że tego wieczoru uda mu wyciągnąć z Rukiego coś więcej.

- Urodziłem się w Kanagawie. Mój ojciec opuścił dom, kiedy byłem jeszcze zbyt mały, by zapamiętać jego twarz. Wychowała mnie mama razem ze starszą siostrą. Do Tokio wyjechałem przez studia, a tutaj mieszkam, od kiedy je ukończyłem - Akira przerwał na chwilę, jednak widząc zainteresowanie na twarzy Rukiego, zdecydował się kontynuować. - Jako dzieciak miałem słabość do piłki, na boisku zapominałem o problemach, z którymi borykałem się w domu. Z czasem zacząłem wiązać z grą wiele nadziei... Niestety, nic nie trwa wiecznie. Przez kontuzję nie mogłem dłużej zostać w szkolnej drużynie. Miałem czternaście lat i na moment straciłem z oczu sens życia. Wtedy kupiłem swój pierwszy bas. Grałem całym sercem, ale nigdy nie wierzyłem, bym kiedykolwiek zaczął robić to na poważnie. Poszedłem więc po najmniejszej linii oporu, studiowałem japoński, mam dobrą pracę. Rodzina nigdy nie miała problemu z moją orientacją, spotkało mnie parę zawodów miłosnych… Żyję sobie, nic ciekawego - podsumował, splatając palce. Odwrócił wzrok, by zobaczyć jak Takanori przytula się do swoich kolan, opierając na nich głowę. Zmarszczył delikatne brwi jakby się nad czymś wytrwale zastanawiał.

- Wspominałem już, że wychowałem się w domu dziecka, prawda? – chłopak pragnął się upewnić, że Akira o tym pamięta. Na powierzchni ciemnych oczu Takanoriego dało się dostrzec mętną gorycz.

- Tak... - przyznał ze smutkiem na twarzy. Akira zetknął się bokami z brunetem, by choć trochę dodać mu otuchy. Wyczuł już, że Takanoriemu trudno będzie o tym mówić. Objął go ramieniem, jednak chłopak nie zareagował w żaden sposób na jego dotyk. Uleciał. Wydawał się zagubiony, myśli kotłowały się w jego głowie. Patrzył nieobecnym wzrokiem przed siebie jakby pośrodku salonu rozgrywały się wydarzenia sprzed kilku lat. Rozchylił lekko usta.

- Wcześniej nie chciałem wyprowadzać cię z błędu, bo... To nie jest takie łatwe. Mnie nigdy nikt nie adoptował... – gładki szept uciekł spomiędzy jego warg, spojrzenie chłopaka nadal było puste. Obudził się dopiero w ciasnym uścisku Akiry. Ciepła tych ramion nie znało żadne z jego wspomnień. Obrazy popękały i rozsypały się po pokoju, powoli wypełzając przez szczeliny w ścianach.

- Mów dalej, jestem z tobą… Tu nic ci nie grozi – zapewnił go blondy. Był to pierwszy raz, kiedy chłopak usłyszał taką ilość miękkości i troski w tonie swojego rozmówcy. Wcześniej nikt tak o niego nie dbał… Pytał siebie, czy może liczyć na to, że od teraz wszystko zacznie wyglądać inaczej?

- Moi kochani rodzice sobie tego nie życzyli… Nie chcieli, bym miał nowy dom. Nigdy mnie nie odwiedzali, byłem sam, cały ten czas... – dalsze słowa rozmył łamiący się głos chłopaka Ruki walczył z podstępnymi łzami, które zbierały się w kącikach jego oczu. Obiecał sobie przecież, że więcej nie będzie nad tym płakać. Akira wplątał palce miedzy ciemne włosy, gładząc je, by ukoić jego emocje. Takanori ułożył głowę na ramieniu blondyna, zaciskając dłoń na czarnym podkoszulku. Powoli uspokoił drżący oddech. - Parę tygodni temu, spotkałem go, mojego ojca...

•   •   •

Nic wielkiego. Tylko tych parę straconych lat. Kilka blizn na ciele i duszy. Wiatr we włosach i szum w uszach. Suche słowa i zatarte obietnice. Martwe gałązki pękające pod bosymi stopami. Dni jak piasek przesypujący się między palcami. Odrętwiałe poranki. Wrzące wieczory. Zamarłe w gardle tchnienie. Pragnienie lepszego jutra. Łzy osiadłe na policzkach niczym szron na oknie. Szczęk łańcuchów a zapach skoszonej trawy.

Zdążyłem wiele poczuć, usłyszeć i zobaczyć. Jednak czułem, słuchałem i widziałem inaczej niż reszta.

W tym tkwił problem. Ludzie mówią ci, byś porzucił to, co przeminęło, jednak jak masz tego dokonać skoro twój wyrok jeszcze się nie skończył? Patrzyłem pory roku zmieniają się za kratami stojącymi w oknie. Ludzie ze zmarszczkami na twarzach wstawili je, kiedy wyskoczyłem w środku nocy i złamałem nogę. Czekanie nie należało wcale do łatwych zajęć. Przynajmniej dla tej nastoletniej i niecierpliwej cząstki mnie. Każdy dzień bezczynności mieszał moją krew z goryczą. Prośba o opuszczenie barier jak ukąszenie węża dla dumy. Latami gnębiono i popychano osobę, którą byłem, a jednocześnie nie do końca znałem. Pragnąłem schronienia, odpowiedzi. Wszędzie, gdzie poszedłem wręczano mi jednak łatkę obcego. Nić wiążąca mnie z rzeczywistością postrzępiła się, a na jej długości czas pomógł wybrzuszyć kolejne supły. Węzeł obejmujący moje gardło powoli się zaciskał. Śniłem, by choć raz móc odetchnąć pełną piersią.

Siedziałem, osłabłymi rękoma obejmując kolana. Był duszny, letni wieczór. Przez nieszczelne drzwi słyszałem skrzypienie podłogi na korytarzu. Spocone kosmyki blond włosów lepiły mi się do czoła, ale nie dbałem o to zanadto. Spoglądałem przez okno. Iskrzące słońce gasło, zlewając się w jedno z chłodnym i postrzępionym horyzontem. Mrowiące ciepło na moich policzkach łaskotało je przyjemnie. Ssanie w brzuchu przypomniało mi, że byłem głodny. Powinienem zejść na kolację, jednak nie miałem ochoty znów zwracać na siebie ich spojrzeń. Nie lubiłem, kiedy na mnie patrzyli. Czułem się jak zwierzę w klatce, lew bez grzywy, który wzbudza swoim wizerunkiem jedynie żałość. Nie mówiłem za wiele, jednak dużo widziałem, obserwowałem. Potrafiłem czytać z ich spojrzeń jak z książki. Po kimś takim jak ja spodziewaliby się cięć na udach, nadgarstkach… Zamykam się w sobie, odpycham ich i kwestionuję wszystko, więc oni gardzą mną. Gówno. To, że jestem uparty i inaczej patrzę na świat nie znaczy, że chcę umrzeć. Krzywdy też mi w życiu nie brakuje, więc po co mam jej jeszcze sobie dolewać? Mówi się, że ludzie są prości. Głupota. Irytacja. Gniew. Nic bardziej mylnego. Chciałem żyć, jednak bez zbędnego okłamywania samego siebie. Cierpiałem, a moją twarz wykrzywiał grymas. Byłem szczęśliwy, więc inni mogli zobaczyć mój uśmiech. Nie rozumiałem, czemu miałbym skracać własne życie. Nawet gdyby było długie i bolesne, chciałem przeżyć ból z nim związany całym sobą. Pragnąłem walczyć ze swoimi demonami najlepiej jak mogłem. Wypalić się z satysfakcją lub ubrać nową skórę niczym wąż. Chciałem poznać tą lepszą stronę mnie, przybrać się w jej piórka. Uśmiechać się bez oporów, bez kłamstw. Desperacko pragnąłem wyjść z cienia, jednak nie zamierzałem dopuścić, by kiedykolwiek zakaził mnie jad płynący z fałszywej radości. Tęskniłem za prawdą.

Drzwi otworzyły się i zamknęły z trzaskiem. Na łóżko sąsiadujące z moim opadł całym swoim ciężarem mój współlokator. Chłopak o czarnych niczym kruk włosach. Wymruczał wiązankę wyzwisk w alabastrową poduszkę, wbijając w nią paznokcie z zacięciem. Posępnie popielaty lakier popękał już parę dni temu.

- Hej, Yuu - szepnąłem i jak zwykle nie otrzymałem odpowiedzi.

_____

Liczę na to, że spodobała Wam się lektura nowego rozdziału! Każdy komentarz przyjmę z otwartymi ramionami.

wtorek, 7 lipca 2015

odcienie ciszy II.

seria: odcienie ciszy
rozdział: 2/? zakrzywienie w czasie
pairing: Reituki
gatunek: jak mówiłam wcześniej, przygotujcie się na wszystko, od fluffa, przez smut i aż po ciężki angst
notka odautorska: Patrzcie, mamy już drugą notkę (i nadal brak komentarzy pod spodem)! Co prawda, nie piszę dla bycia zauważoną, jednak równie dobrze mogłabym zostawić swoja twórczość dla siebie i nie dzielić się nią tutaj z Wami. Proszę więc o jakiś drobny znak, czy chcecie dalej czytać moje wypociny. Jeśli nie, wysłucham Was. Jestem otwartą osobą i uwierzcie, potrafię strawić krytykę. Hej, pokażcie mi, że tutaj byliście! To nie powinno być takie trudne~  Mam nadzieję, że rozdział się spodoba i tym razem  chętniej podzielicie się ze mną swoimi odczuciami po przeczytaniu. Nawet jedno zdanko jest na miarę złota! Może komuś uda się zainspirować mnie do kolejnego rozdziału? - sarenka
 
 
czwartek, 24 listopada
Wstawanie wcześnie nie należało do mocnych stron Takanoriego. Na oślep błądził dłonią w poszukiwaniu zbawiennego przycisku na budziku. Zapewnił nim sobie jeszcze parę minut spokojnej drzemki. Pomrukując z satysfakcją, wtulił się z powrotem w aksamitną pościel. Spod skołtunionej poszewki wyglądało mleczne udo chłopaka. Brąz włosy rozlały się na poduszce, zaś koniuszki smukłych palców niemal dotykały podłogi. Gładkie ramię wtulało się w kawowy koc, szukając w nim resztek ciepła. Słońce leniwie wpełzło do pokoju przez szparę między kremowymi zasłonami. Takanori uchylił klejące się do siebie powieki, kiedy poranny blask padł na jego policzek. Pora wstawać. Chłopak przeciągnął się z cichym pomrukiem. Zmrużył oczy, bo oślepił go blask zza okna. Próbując unieść swoje wciąż odrętwiałe ciało do pozycji siedzącej, ziewnął przeciągle. Czegoś mu tu brakowało. Łóżko, na którym leżał wydawało się bardziej miękkie, a pościel pachniała ładniej niż zwykle. I wtedy go to uderzyło. Przecież nie był już dłużej w przytułku. Ta sypialnia, kuchnia, dom - były jego i nie musiał ich dłużej z nikim dzielić. Uśmiechnął się blado, pocierając kościstą dłonią zaspane oczy. Obiecał sobie, że zacznie doszukiwać się pozytywów w sytuacji, przed którą postawił go ślepy los. Pragnął pomóc swoim ranom się zagoić. A przynajmniej ich części, tym, które oblepiły jego stwardniałe serce.
Stopy chłopaka dotknęły chłodnej posadzki. Wzdłuż jego kręgosłupa przebiegł delikatny dreszcz. Wstał chwiejnie i podszedł do szafy, by dobrać zestaw ubrań na dziś. Otworzył drewniane drzwi, spojrzeniem badając skromną zawartość jej wnętrza. Złapał w palce cienką tkaninę i zdjął koszulę z wieszaka, oceniając jej stan. Wyjął również czarne rurki, które idealnie wkomponowywały się w jego strój służbowy. Ułożył ubrania na łóżku i rozsunął wtulone w siebie zasłony. Na dole spacerowała starsza pani ze swoim pupilem. Takanori powoli doczłapał się do łazienki. Drzwi zamknęły się za chłopakiem z głuchym kliknięciem.
Otworzył szerzej oczy. Coś w głębi jego piersi się przebudziło. Zabolało. Wyraz twarzy Takanoriego zmienił się z pogodnego na zaprawiony goryczą. Zdjął kończący się w połowie ud T-shirt, odsłaniając tym swój wciąż chłopięcy tors. Luna Sea. Lubił ten zespół. Ich koszulki były idealne jako piżamy. Odwrócił się i spojrzał w lustro, w którym odbijał się od pasa w górę. Mleczną taflę przecinało długie rozcięcie. Nie było to znamię nadtłuczonego zwierciadła, ale jego własne. Podłużna blizna zaczynała się na obok pępka, a zwężała pod lekko odznaczającymi się spod skóry żebrami. Po wewnętrznej stronie kości biodrowej wiła się jeszcze jedna rana, tym razem drobniejsza lecz głębsza. W porównaniu z pierwszą wydawała się pośpiesznym dźgnięciem noża, a nie leniwym rozcięciem tkanki. Oba znamiona nosił ze sobą od dwóch lat. W głowie Takanoriego zadrżały przebłyski z deszczowego wieczoru, którego nie wrócił już do swojego pokoju w przytułku. Obrazy, które zobaczył były żałosne i brzydkie. Wielokrotnie próbował wyprzeć je ze swojej pamięci równie silnym, jednak pozytywnym wspomnieniem. Niestety nic nie mogło równać się z tą pamiątką…
Westchnął, bo cóż innego mógłby zrobić. Był bezsilny wobec przeszłości, nie mógł jej już przecież zmienić bądź nagiąć. Każda z minionych chwil pozostała za nim, odbijając się piętnem w ten czy inny sposób. Jego zadaniem było pozwolić im się wypalić, nie podsycając więcej dawnego żaru. Miał patrzeć naprzód, między dni, których bieg mógł jeszcze zmienić. Wiedział o tym wszystkim, jednak wciąż borykał się z problemem odcięcia od przeszłości. Zupełnie jakby dano mu tępe nożyczki, którymi nie potrafił rozciąć węzła ciasno wiążącego go ze wspomnieniami. Krzywo wyżłobiona rysa, która łączyła go z tym, co już zwiędło. Delikatne koniuszki palców przejechały wzdłuż bruzdy na bladej skórze. Krótka podróż w czasie. Szkoda, że równie łatwo nie można było zajrzeć w przyszłość.
Wziął prysznic, myjąc przy tym swoje włosy. Osuszył ciało ręcznikiem, po czym okrył nim swoje biodra. Ubrania leżały już gotowe na łóżku, którego zapomniał posłać. Ubrał się, zaczynając od założenia bokserek, po zapięcie przedostatniego guzika koszuli. Chudy nadgarstek przewiązał materiałowym rzemykiem z przywieszką w kształcie krzyża. Pobieżnie uprzątnął w pokoju i wyszedł, by zrobić sobie śniadanie. Tosty i kubek białej herbaty.
Przed wyjściem z domu związał włosy w drobną kitkę i powiesił na ramieniu podręczną torbę. Pogoda tamtego dnia należała do tych ładniejszych. Od tygodni niebo nie było równie bezchmurne. Całe miasto odżyło. Na ulice wysypały się tłumy ludzi, w samym centrum wypełniając je po brzegi. Takanori nieśpiesznie przejeżdżał między budynkami. W oknach mieszkań odbijały się promienie słońca. Koła staromodnego roweru toczyły się po chodniku aż chłopak zahamował przed tyłami kawiarni. Odstawił rower i rozpuścił włosy, przeczesując lśniące kosmyki dłonią. Dzisiejsza zmiana zaczynała się jeszcze przed południem. Zakasał rękawy koszuli, wchodząc do wnętrza przez kuchnię. Od progu przywitał go promienny uśmiech Yutaki. Wymienił się uprzejmościami z brunetem i przewiązał swoje biodra fartuchem. Takanori podszedł do frontowych drzwi, by jak co dzień odwrócić tabliczkę. “Otwarte”.
Obsłużył kilku pierwszych klientów, krzątając się między stolikami. Stojąc za ladą, przyglądał się swojemu odbiciu w ekspresie do kawy. Zastanawiał się, czy dzisiaj znów uda mu się porozmawiać z Akirą. Blondyn wydawał się być dobrym człowiekiem. Wiedział jak go pocieszyć i kiedy lepiej zamilknąć. Dobrze im się razem rozmawiało. Na wspomnienie słów starszego uśmiechnął się subtelnie. Zdecydowanie chciał poznać go lepiej. Takich ludzi jak on i Yutaka brakowało mu do tej pory. Takanori uniósł wzrok, słysząc cichy brzdęk dzwonka. W progu sali zobaczył znajomą twarz.
- Akira… - szepnął, rumieniąc się bezwiednie. Czyżby wiedział, że właśnie zaprzątał jego myśli? Jedno było pewne, mężczyzna miał wyczucie czasu jak nikt inny.
Takanori jeszcze na parę chwil zawiesił tęskny wzrok na sylwetce Akiry. Blond włosy rozświetlało poranne słońce. Proporcje były idealnie dobrane i ich właściciel dobrze wiedział jak to wykorzystać. Ciemna koszula ciasno opinała jego tors. Takanori przyłapał się na przygryzaniu dolnej wargi. Odwrócił speszone spojrzenie na swoje splątane dłonie. Miał nadzieję, że starszy tego nie zauważył. Westchnął głęboko, by uspokoić trochę swoje kołaczące serce. Zebrał się w sobie i podszedł do stolika w kącie sali, który jak zwykle zajął Suzuki. Dzień dobry, Akkun.
 
tydzień później

czwartek, 1 grudnia
Dni do końca roku ubywało, a wieczory stawały się w coraz chłodniejsze. Takanori zaczął być wdzięczny losowi, że w pracował w zwykłej (jak na standardy tokijskie) kawiarni. Wiedział, że nie każdy miał tyle szczęścia. Przechadzając się krętymi uliczkami miasta, można było natrafić na wiele zakładów ze ściśle wyznaczonymi tematami. Nawet amator kocich uszek czy picia ze zwierzątkiem futerkowym buszującym w okolicy stolika znajdzie coś dla siebie. Tandetne szyldy krzyczały w ten lub inny sposób o profesji placówki. Uśmiechnięte do granic przyzwoitości twarze pracowniczek kusiły szarych salarymanów, aby odwiedzić kawiarnię. Cieszył się, że nie musiał w taki ziąb paradować przed klientami w kusej sukience i rajstopkach jak robiło to wiele tutejszych dziewczyn. Tym bardziej, że o zboczeńca w tych czasach było łatwiej niż kiedykolwiek…
- … I wtedy wylałem mu kubek gorącej kawy prosto na krocze - kelner opowiedział z przekornym półuśmieszkiem. Był wdzięczny, że ojciec Yutaki wybaczył mu ten drobny postępek. Nie miał zamiaru pozwolić na łajdaczenie swojej godności.
- Auć, dostał za swoje - Akira jęknął z udawaną trwogą o swoje własne skarby. Chłopak jedynie prychnął, przymykając dumnie oczy.
- Coś mu się należało za to chamskie klepanie mnie po tyłku. Nie wspominając już o podszczypywaniu - żachnął się Ruki, w jego głosie słychać było poirytowanie.
- Racja - zgodził się z ciepłym wyrazem twarzy. Chciał nieco ostudzić bojowy nastrój chłopka. - Żałuję, że mnie przy tobie nie było - dodał, odgarniając przydługie kosmyki z czoła Takanoriego. Skorzystał z okazji, by dotknąć powściągliwie dłonią gładkiego policzka.
-Gdyby był przynajmniej w twoim wieku... - westchnął, spoglądając w zadumie na Akirę. Blondyn zatopił się na moment w głębi tej hebanowej pary oczu - Ale nie, mi trafił się jakiś staruch… - dokończył zażenowany, tym razem wyglądając przez okno. Odparł wrażenie, że zobaczył tam jakiś błysk. Oparł łokcie na stoliku, by podeprzeć dłońmi swoją brodę. Dalej grał zawiedzionego. Może Takanori nie byłby dłużej tak zły, gdyby to Suzuki zaczepił go w ten sposób? Wydął wargi, by lepiej zaprezentować drugiemu swoje rozczarowanie. Akira przykrył usta ręką, powstrzymując się od śmiechu
Wskazówka zegara powoli zbliżała się do szóstki. Pomimo chłodu na zewnątrz, we wnętrzu kawiarni robiło się duszno. Obok szorstkiej dłoni Akiry leżała poszarzała od ciągłego czyszczenia stolików ścierka kelnera. Takanori siedział naprzeciwko blondyna, chichocząc cicho do jego żartów i opowieści o kolegach ze studiów. Kawiarnia niedługo się zamykała, a oni spędzali leniwy wieczór przy stoliku w kącie sali. Osiemnastolatek podwinął mankiety kremowej koszuli do łokci. Chwilę później rozpiął również kilka pierwszych guzików przy kołnierzyku, czym ucieszył oczy swojego rozmówcy. Odsłonił fragment swojej cudownie mlecznej skóry i zarys delikatnego obojczyka. Akira przełknął ciężko łyk ostygłej kawy. I jak nie polubić Takanoriego?
- Zaraz wrócę - chłopak napotkał pytające spojrzenie starszego - Yutaka pewnie znów przez przypadek wyłączył klimatyzację, niezdara z niego - pomachał z uroczą manierą do przytakującego Suzukiego i wycofał się na zaplecze.
Akira westchnął, zdając sobie sprawę, że jeszcze kilka minut po zniknięciu kelnera uśmiechał się jak głupi w stronę drzwi z napisem ‘wstęp tylko dla personelu’. Przez swoją słabość do Rukiego czuł się jak typowy zakochany licealista. Zagubiony, ale szczęśliwy. Chłopak wrócił ze związanymi w drobną kitkę włosami, kilka kasztanowych pukli swobodnie okalało jego bladą twarz. Dzięki ciepłemu uśmiechowi, który ułożył się na pełnych ustach, brunet wyglądał jeszcze lepiej. Coś od dawna uśpionego w klatce piersiowej Akiry zaczęło bić szybciej niż dotychczas. Jednak blondyn nie wierzył jeszcze do końca w to, co się z nim działo. Jak ma powinien nazwać to uczucie? Zakochaniem, a może zwykłym zauroczeniem? Pragnął spróbować czegoś, przez co mógłby się o tym przekonać…
- Ruki, masz może jakieś plany na sobotę? - zagadnął Akira, kiedy chłopak wrócił z kolejną tego dnia filiżanką kawy dla niego. Takanori zamruczał w typowy dla siebie sposób, zastanawiając się nad odpowiedzią.
- Od południa jestem wolny - odparł lekko zbity z tropu jego tajemniczym tonem głosu. Spoglądając głębiej w ciemne oczy Akiry, próbował wyczytać z nich ukrytą wewnątrz prośbę. Na krótką chwilę zaoponowała między nimi krępująca cisza - Coś się stało, Aki-kun?
- Pomyślałem, że gdyby ci to odpowiadało, to może… - zawahał się, ale równie szybko wziął w garść, wysypując z siebie słowo za słowem - Chciałbyś się ze mną spotkać sobotnim wieczorem? Wiesz, skoro tak dobrze nam się rozmawia, to byłoby miło spędzić trochę czasu razem, gdzieś poza kawiarnią - dokończył już trochę pewniej, czekając na odpowiedź rozczulonego jego propozycją kelnera.
- J-ja… - zająkał się, wciąż nie mogąc wyjść ze zdziwienia - Dobrze. Brzmi miło - uśmiechnął się pokrzepiająco, zbliżając swoją bladą dłoń w stronę Akiry. Blondyn złączył ich palce ze sobą. Ten drobny dotyk wystarczył, by wysłać dreszcze wzdłuż kręgosłupa Rukiego. Suzuki gładził lekko wystające kosteczki szorstkimi opuszkami palców. Pochylił się aż ich twarze dzieliło jedynie kilka centymetrów. Takanori uniósł wzrok, kiedy usta blondyna dotknęły jego ciepłego policzka. Przymknął oczy, oddając się na parę sekund tej drobnej pieszczocie.
- Czas na mnie, do zobaczenia w sobotę - szepnął dyskretnie do pokrytego kolczykami ucha kelnera. Wstał, przewieszając torbę przez ramię. Zobaczył miękkie zmieszanie na twarzy Matsumoto.
- Do zobaczenia… Aki - odrzekł nieobecnie, unosząc lekko dłoń w geście pożegnania. Uśmiechnął się blado, kiedy starszy odmachał w jego kierunku z pocieszną miną. Akira zniknął za drzwiami wraz z rozproszonym brzdęknięciem dzwoneczka. Pochłonęło go miasto świateł. Takanori westchnął, chowając na chwilę twarz w dłoniach. Poczuł jak to typowe ciepło napływa do jego policzków. Tym razem był pewny, że się rumieni.
Podniesiony głos Yutaki wyrwał go z ciasnych objęć wspomnienia o Akirze. Wstał, dosuwając krzesło do stolika i poprawił swój służbowy fartuch. Ukradkiem zerknął na migoczące refleksami odbicie w oknie. Wyglądał na zakochanego. Jego twarz po raz kolejny rozpromienił delikatny uśmiech. Jeszcze nigdy te drobne świetliki w jego oczach nie tliły się tak jasno.
Któż jednak by podejrzewał, że cień po drugiej stronie ulicy uważnie obserwuje każdy jego ruch. Gdzieś w głębi miasta pędziła karetka. Zagłuszone pstryknięcie aparatu wywołało podobny, choć ukryty pod rondem smolistego kapelusza, uśmiech. Mężczyzna w długim płaszczu spełnił swoje zadanie. Czarne auto z klasą i przyciemnianymi szybami podjechało leniwie, by wchłonąć go do środka. Tylne siedzenia obijała droga skóra. Fotel obok zlewającego się z tłem kierowcy zajmował czarnowłosy mężczyzna w prostym garniturze. Jego młoda twarz nabrała kpiącego wyrazu, kiedy podzielił porozumiewawcze spojrzenie z detektywem. Odginając biały mankiet, jego niepokojąco czarne oczy zanurkowały w dół, by skontrolować godzinę na srebrnym rolexie. 18:21
- I co u mojego braciszka?

czwartek, 2 lipca 2015

odcienie ciszy I.

seria: odcienie ciszy
rozdział: 1/?  pogłos zatartych lat
pairing: Reituki
gatunek: przygotujcie się na wszystko, od fluffa, przez smut i aż po ciężki angst
notka odautorska: Oto moje pierwsze opowiadanie, które zdecydowałam się tutaj opublikować. Proszę, bądźcie dla mnie wyrozumiali, bo tak jak mówiłam wcześniej, w pisaniu dopiero raczkuję (tydzień temu ukończyłam gimnazjum, heloł). Mam wiele pomysłów, które chciałabym w przyszłości zrealizować, jednak na ten moment planuję skupić się przede wszystkim na tym multichapterze (jedyne, czego możecie się jeszcze ode mnie spodziewać - oneshoty). Liczę na to, że przyjmiecie mnie tutaj ciepło, a w komentarzach nieco ułatwicie mi rozwijanie mojego nad wyraz skromnego warsztatu pisarskiego. Życzę Wam miłego czytania i mam nadzieję, że będziecie tu często zaglądać. - sarenka



Był sam.

Siedział na obskurnej ławce przed wyludnionym placem z uniesioną ku burzowym chmurom głową. Poszarzały afisz przyczepiony do gładkiej, marmurowej powierzchni rozmył deszcz, formując z niego lepką, brudną masę. Pomimo żałosnego wyglądu, cierpliwie czekał na swój koniec, pozwalając, by panoszący się między budynkami wiatr porwał go na strzępy. Żaden z przechodniów, pracowników sali koncertowej nie wpadł jednak na pomysł, aby go zerwać. Ludzie nie zwracali większej uwagi na takie szczegóły jak niszczejący kawałek papieru, kiedy na zewnątrz spokojny spacer utrudniał deszcz, nie grożący im już w ciepłych domach. Ludzie trzymający ciasno rączki swoich parasoli w dłoniach zbiegali się do podziemia jak przygaszone ćmy lgnące w mroku do każdej drobiny światła. Ta jakże typowa dla późnej, japońskiej jesieni wilgoć unosiła się w powietrzu, zaś on cieszył się każdą jej chwilą. Takanori nie był tak skory do powrotu jak reszta. To nie tęsknota za domem zaciskała jego gardło, lecz coś zgoła innego. Drżące w chudej piersi uczucie, które wyciskało wtedy łzy z ciemnych oczu ukrytych pod przemokniętą grzywką nie opuściło go aż do teraz. Drobna kropla deszczu osiadła na jego bladym policzku i powoli spływając ku dołowi, pozostawiła za sobą chłodny, wilgotny szlak. Otwarte tamtego wieczora rany wciąż bolały, przeszywając jego pamięć na wskroś...

Ale lepiej zacznijmy od początku.

czwartek, 16 listopada

Wchodząc w górę po kamiennych schodach, zdjął osłaniający jego głowę kaptur lekkiego, kawowego płaszcza, spod którego wyjrzała para hebanowych oczu. Na kilka sekund zawiesił łagodne spojrzenie na wygaszonym ekranie telefonu, w którym odbijała się na pozór znajoma twarz. Przy pomocy dwóch kliknięć skupił wzrok na dwóch parach cyfr składających się na godzinę. Tym samym zablokował wszystko wokół siebie, głosy ludzi nagle ucichły, stukanie na sąsiedniej budowie ustało, wszelkie dźwięki buzujące od ulic gdzieś się rozmyły, a czas zdawał się dłużej nie płynąć. Zastygł w miejscu wyprostowany i gotowy do podjęcia kroku naprzód. Drżące usta udowadniały jednak, że nie był jedynie posągiem z kamienia. Odetchnął głęboko, by ugasić nieco swoją trwogę, kiedy na dnie jego umysłu poruszyły się dawno nieodkurzane obrazy. Ze zdecydowaniem złapał za zimną w dotyku klamkę ciężkich, mahoniowych drzwi starej kamienicy. Dał ulecieć skłębionym pod jego czaszką pytaniom. Niech odlatują za ptakami, on zdążył się już stęsknić za spokojem. To miał być jego pierwszy dzień tutaj, w domu, gdzie planował zacząć swoje dotychczas marne życie od początku, wyrzucając za siebie raz wyrwane kartki z kalendarza.

W holu panowała względna cisza. Starszy pan z posiwiałymi po bokach włosami wyminął go na parkiecie odpowiadającym skrzypieniem na każdy z jego twardych kroków. Chłopak rozejrzał się wokół, znów nabierając powietrza pełną piersią. Zważając na to, że winda była nieczynna, wspiął się na drugie piętro po nadgryzionych zębem czasu schodach. Szeroki korytarz oświetlony był bladymi żarówkami w poszarzałych kinkietach. Po rozpięciu suwaka, wyjął z głębokiej, smolistej torby parę kluczy. Przekręcając je w zamku, pchnął drewniane drzwi, by wejść do środka. Jego bystre oczy rozejrzał się wokół ciekawie. Mieszkanie już na pierwszy rzut oka wydawało się dużo przytulniejsze od jego poprzedniego. Takanori zsunął z ramion cienki płaszcz, wieszając go na pustym wieszaku, po czym zajrzał w głąb domu. Czekał tam na niego salon połączony z kącikiem kuchennym, skromna łazienka oraz przeciętnych rozmiarów sypialnia. Łóżko stojące pośrodku pokoju przyciągnęło jego wzrok ciemnym kocem ułożonym na kremowej pościeli. Zmęczony wszelkimi wrażeniami związanymi z przeprowadzką, poczłapał do niego ze zbolałym grymasem na twarzy i opadł całym swoim ciałem na puszysty materac.

Równie prędko jak zatopił nos w miękkiej niczym jedwab poduszce, chłopak poczuł podstępne łzy, zbierające się w kącikach jego ciemnych oczu. W wyrazie bezsilności przymknął od dawna ociężałe powieki. Zacisnął pięść na poduszkach, mamrocząc coś do siebie o słabości. Panicznie starał się odciąć swój umysł od napływających wspomnień, pragnął choć chwili wytchnienia. Skulił swoje ciało na pościeli, przez co wyglądał na jeszcze mizerniejszego niż zwykle. Obiecał sobie, że przyjemnie ten dar z dumą, jednak nie był w stanie wstrzymać na wodzy swoich nie tyle palących, co już parzących uczuć. Pragnął odpocząć od ciągłego analizowania słów ojca. Zatęsknił za obojętnością i spokojem ducha, bo ten ciężar, który nie opuszczał jego piersi był przytłaczający. Przez ostatnie dni nie doznał sekundy, kiedy poczułby się w pełni bezpieczny. Od środka dręczyły go te same obrazy. Koszmary, przez które budził się z podkrążonymi oczami.

Takanori został porzucony jak wadliwa zabawka. Jego rodzice zrezygnowali z opieki nad nim jeszcze zanim ułożyli go w kołysce. Ojciec chłopaka pracował w poważnej korporacji, mając już u swojego boku wysoko postawioną żonę i pierworodnego następcę, kiedy jedna z kochanek biznesmena zaszła w ciążę. Teraz, kiedy drugi z synów dorósł, postanowił odsłonić przed nim swoją twarz. Zdecydował się na ten krok tylko po to, by w wyrazie chwilowej łaski podarować mu ten dom, zapewnić lepszy start, jak sam to określił. Liczył, że ukoi tym swoje sumienie. Po osiemnastu latach w przytułku, będąc poniewieranym i osamotnionym, Takanori nie czuł względem jego osoby nawet krzty wdzięczności. Gorliwie dbał, by do wypracowanej przez lata pustki w jego duszy nic innego nie przenikło. Nie potrzebował w końcu kolejnych upokorzeń. Zaś ból, pod różnymi postaciami, towarzyszył mu w tym okresie zbyt często i długotrwale.

Z tego, czego udało mu się dowiedzieć w przeciągu ostatnich tygodni, jego rodzicielka należała to kobiet lekkich obyczajów. Nie miała oporów przed sypianiem z żonatymi, aczkolwiek przede wszystkim bogatymi, facetami. Pochodziła z niechlubnej dzielnicy nędzy i tylko dzięki swoim niebanalnym wdziękom udało jej się stamtąd uciec. Jednakże zdaniem Takanoriego brud, w którym się przez to umazała, był jeszcze gorszy od tego pierwotnego. Czy sprzedanie się jest lepsze od biedy, pytał samego siebie, spoglądając w ciszy na sufit. W dniu, kiedy na jaw wyszło, że kobieta jest w ciąży, jako pierwsza do jej głowy wpadła aborcja. Dzięki niej od razu pozbyłaby się powoli rosnącego problemu, jakim był dla niej syn oraz dowodów na jego istnienie. Zważając jednak na fakt, że odstraszał ją tego typu zabieg na, bądź co bądź, ale jej własnym ciele, zdecydowała się urodzić Takanoriego. Nie odstąpiła jednak na ten czas od nałogu palenia tytoniu i częstego topienia swoich smutków w whiskey. Przez umiłowanie matki do kultu zapominania, dziecko rozwijające się w jej wnętrzu urodziło się osłabione i wyrosło na drobniejszego od swoich rówieśników. Zaledwie dwudziestoletnia Hiromi już w szpitalu podpisała dokumenty, oddając tym samym Takanoriego pod opiekę pobliskiego domu dziecka. Lata mijały mozolnie, a los odtrąconego syna był obojętny dla obojga rodziców. Ze względu na to, że kobieta wcześniej zastrzegła, iż nie życzy sobie, by ktokolwiek adoptował jej dziecko, biedny chłopiec nie miał innego wyboru niż dorastać w przytułku. Budująca się w nim z roku na rok gorycz obudziła w nim wrażenie odtrącenia. Powtarzające się niemal każdej nocy koszmary jedynie utwardzały go w tym przekonaniu. Czyżby nie zasługiwał na drugą szansę, pytał często głuchych na jego słowa dorosłych. Nikt z tamtejszego personelu nie potrafił szczerze odpowiedzieć na jego pytanie. Inne dzieci powoli znikały, na ich miejsce zjawiały się nowe, które również wcześniej czy później wracały do swoich nowych domów. Wszystkie wyglądały na tak irytująco szczęśliwe u boku swoich nowych rodziców podczas, gdy on siedział w kącie i czekał na cud. Dorastał, obserwując jak ludzie wokół w mgnieniu oka pojawiają się i równie szybko odchodzą, kiedy on latami trwał w tym samym miejscu. Był przykuty do tego budynku i nie mógł ruszyć naprzód. Jedynie te kilka godzin poza przytułkiem, które spędzał w szkolnej ławce pozwalały mu na ucieczkę bez konsekwencji. Czasem nawet zapominał, czym takim różni się od reszty uczniów. Jednak po czymś takim powrót do rzeczywistości był bolesnym przeżyciem. Do teraz pamiętał zachwyt swojej klasy na widok jego rysunków oraz recytacji wierszy na japońskim. Były takie dni, kiedy w szarej codzienności Takanoriego brakowało właśnie tych małych rzeczy.

Leżąc na starganej w akcie bezradności pościeli, chłopak krążył bezcelowo po swoich wspomnieniach. Próbował cofnąć spływające po bladych policzkach, ciepłe łzy, wykrzywiając swoją twarz w żałosnym wyrazie. W kącikach jego ust tłoczyły się dawno przebrzmiałe pytania: Czemu los zwrócił swoje ostrze przeciw niemu? Czy rodzice od tak zostawili go na pastwę losu? I w końcu, dlaczego wydawał się być jedynie cholerną, godną śmierci pomyłką? Niepoprawne obwiniał się za to, jak bezużytecznie spędził ostatnie lata swojego życia, jaką porażką się urodził i jak zgorzkniałym przez to stał. Jednak przede wszystkim, nie mógł wybaczyć sobie, że brnął w to dalej, nie mogąc odciąć się od przeszłości. Ta rana wciąż otwierała się na nowo.

Takanori chwycił drżącą ręką za poduszkę i przykrył nią swoją twarz, na której grubymi liniami rysował się ból. Gładził drobnymi palcami delikatną w dotyku tkaninę, uspokajając się w swoim własnym tempie. Jego niespokojny oddech powoli się uregulował. W końcu dominujący do tej pory w pokoju odgłos usilnie tłumionych szlochów, zastąpił szept kropel stukających deszczu o szybę okna. Szklana powierzchnia odbijała kontury potężnego miasta, które bez wstydu lśniło w zmierzchu.

poniedziałek, 20 listopada

Kawiarnia 'Rosa' jak zwykle o tej porze dnia świeciła pustkami. Cienie pod obszernymi kapeluszami parasoli pojawiały się i w biegu znikały za frontowym oknem. O długą, lakierowaną ladę opierał się drobny chłopak. Biały fartuch i plakietka z imieniem podpowiadały, że jest jednym z pracowników. Układając brodę na chudych dłoniach, wpatrywał się gdzieś wewnątrz zacienionej sali, pomiędzy rzędy nakrytych kremowymi obrusami stolików. W kącie pomieszczenia popijał kawę lekko rozczochrany blondyn. Ubrany był w dopasowane, popielate spodnie z matowej tkaniny i swobodnie zapiętą koszulę, na lewym nadgarstku nosił cienki łańcuszek, nadający całości rockowego akcentu. Znużonym wzrokiem wodził po linijkach dokumentu, które mnożyły się przed jego zmrużonymi oczami. Stuknął parę razy w klawiaturę lekkiego, czarnego laptopa i uśmiechnął blado.

Mężczyzna często zjawiał się tu w dni, kiedy klientów obsługiwał Takanori i przy filiżance sprawnie zaparzonej kawy zajmował swoją pracą. Kawiarnia była cicha i przytulna, do środka o podobnych porach wpadali stali klienci. Panowały tu dogodne warunki do tego typu zajęć, a personel zakładu nie był też temu przeciwny. Dzwoniące monotonnie o okna krople deszczu rozbijały się na kamiennym chodniku. Mężczyzna poddał się na moment rytmice tych miarowych uderzeń, wyglądając przez szybę na zatopioną w smutnej aurze ulicę. Auta leniwie przecinały drogę, chwilę później rozmywając się na skrzyżowaniu. Przez ponurą pogodę jego myśli zaczęły obracać się wokół przygnębiających tematów. Gość westchnął, zatapiając delikatnie opaloną dłoń między płowe kosmyki włosów. Po dobrych dwóch godzinach spędzonych tutaj był już wyraźnie zmęczony, a jego kark uciążliwie pobolewał.

Takanori lubił go obserwować. Nie rozumiał jeszcze czemu, ale zwyczajnie intrygował go ten mężczyzna. A był to całkiem przystojny mężczyzna, na którym przyjemnie zawiesić sobie oko w tak pochmurny wieczór. Kiedy blondyn spoglądał przez okno, chłopak dojrzał w jego oczach obdartą z trosk, czystą łagodność. Próbował wytłumaczyć sobie jakoś to nagłe zainteresowanie nieznajomym mu mężczyzną, jednak za każdym razem jego argumenty zawodziły. Chciał chociaż poznać jego imię...

Chłopak był kelnerem od zaledwie paru tygodni, jednak ten jeden klient wciąż i niezmiennie przykuwał jego uwagę. Czasami, kiedy mężczyzna podnosił wzrok znad ekranu, przyłapywał jak para bezdennych, hebanowych oczu uważnie mu się przygląda. Popołudnia, kiedy ich spojrzenia spotkały się po raz pierwszy, był nimi wprost oszołomiony. Od dawna nie widział kogoś o spojrzeniu równie szczerym i pięknym. Z biegiem czasu starszy sam zaczął intensywniej przyglądać się drobnemu kelnerowi. Śledził jego wprawione ruchy podczas parzenia kolejnej już tego dnia filiżanki kawy. Fartuch, obejmujący delikatnie zarysowane biodra był ciasno związany z tyłu. Takanori uśmiechnął się w swój firmowy sposób, grzecznie podając klientowi jego zamówienie. Przy pomocy smukłych palców ukrył kilka zbłąkanych na jego twarzy pukli kakaowej grzywki za ucho. Odwrócił się na pięcie, by odejść, kiedy zatrzymał go lekko zachrypnięty głos.

- Poczekaj, może... Dołączysz się na chwilę? - zagadnął starszy, spoglądając z nadzieją na zaskoczonego kelnera. - Swoją drogą, jestem Akira. - przybrał przyjacielski ton, by nie odstraszyć oniemiałego jego propozycją chłopaczka. Takanoriemu nagle odebrało mowę, nie był w stanie zmusić swoje gardło, by wykrztusiło choć jedno słowo. Wyglądał jakby bił się z samym sobą, czy powinien się odwrócić.

- Ja... J-jestem w pracy... - przerwał, by zaczerpnąć oddech, bo jego usta lekko drżały. Kątem oka zerknął na pełną nadziei twarz blondyna i nabrał odwagi - Nie jestem pewny, czy mogę, proszę pana. - odparł speszony, zerkając na czubki swoich wypastowanych butów. Poczuł jak jego policzki robią się cieplejsze, ale nie był przekonany o tym, że się rumieni.

- Spokojnie, wytłumaczę cię jeśli ktoś będzie miał z tym problem - zapewnił, by pokrzepić chłopaka. - O tej porze i tak nie macie tu za dużo do roboty. Nie chcę, byś siedział sam za ladą... - ciągnął, widząc jak twarz kelnera powoli się rozpogadza. - To jak, zgoda? - kątem oka spojrzał na ozdobną plakietkę przyczepioną do kremowej koszuli chłopaka. - Ruki? Ładnie brzmi. - Akira uśmiechnął się słonecznie w ten pochmurny wieczór, a serce kelnera pierwszy raz od dawna zabiło szybciej.

- Dziękuję.