seria: odcienie ciszy
rozdział: 2/? zakrzywienie w czasie
pairing: Reituki
gatunek: jak mówiłam wcześniej, przygotujcie się na wszystko, od fluffa, przez smut i aż po ciężki angst
notka odautorska: Patrzcie, mamy już drugą notkę (i nadal brak komentarzy pod spodem)! Co prawda, nie piszę dla bycia zauważoną, jednak równie dobrze mogłabym zostawić swoja twórczość dla siebie i nie dzielić się nią tutaj z Wami. Proszę więc o jakiś drobny znak, czy chcecie dalej czytać moje wypociny. Jeśli nie, wysłucham Was. Jestem otwartą osobą i uwierzcie, potrafię strawić krytykę. Hej, pokażcie mi, że tutaj byliście! To nie powinno być takie trudne~ Mam nadzieję, że rozdział się spodoba i tym razem chętniej podzielicie się ze mną swoimi odczuciami po przeczytaniu. Nawet jedno zdanko jest na miarę złota! Może komuś uda się zainspirować mnie do kolejnego rozdziału? - sarenka
czwartek, 24 listopada
Wstawanie wcześnie nie należało do mocnych stron Takanoriego. Na oślep błądził dłonią w poszukiwaniu zbawiennego przycisku na budziku. Zapewnił nim sobie jeszcze parę minut spokojnej drzemki. Pomrukując z satysfakcją, wtulił się z powrotem w aksamitną pościel. Spod skołtunionej poszewki wyglądało mleczne udo chłopaka. Brąz włosy rozlały się na poduszce, zaś koniuszki smukłych palców niemal dotykały podłogi. Gładkie ramię wtulało się w kawowy koc, szukając w nim resztek ciepła. Słońce leniwie wpełzło do pokoju przez szparę między kremowymi zasłonami. Takanori uchylił klejące się do siebie powieki, kiedy poranny blask padł na jego policzek. Pora wstawać. Chłopak przeciągnął się z cichym pomrukiem. Zmrużył oczy, bo oślepił go blask zza okna. Próbując unieść swoje wciąż odrętwiałe ciało do pozycji siedzącej, ziewnął przeciągle. Czegoś mu tu brakowało. Łóżko, na którym leżał wydawało się bardziej miękkie, a pościel pachniała ładniej niż zwykle. I wtedy go to uderzyło. Przecież nie był już dłużej w przytułku. Ta sypialnia, kuchnia, dom - były jego i nie musiał ich dłużej z nikim dzielić. Uśmiechnął się blado, pocierając kościstą dłonią zaspane oczy. Obiecał sobie, że zacznie doszukiwać się pozytywów w sytuacji, przed którą postawił go ślepy los. Pragnął pomóc swoim ranom się zagoić. A przynajmniej ich części, tym, które oblepiły jego stwardniałe serce.
Stopy chłopaka dotknęły chłodnej posadzki. Wzdłuż jego kręgosłupa przebiegł delikatny dreszcz. Wstał chwiejnie i podszedł do szafy, by dobrać zestaw ubrań na dziś. Otworzył drewniane drzwi, spojrzeniem badając skromną zawartość jej wnętrza. Złapał w palce cienką tkaninę i zdjął koszulę z wieszaka, oceniając jej stan. Wyjął również czarne rurki, które idealnie wkomponowywały się w jego strój służbowy. Ułożył ubrania na łóżku i rozsunął wtulone w siebie zasłony. Na dole spacerowała starsza pani ze swoim pupilem. Takanori powoli doczłapał się do łazienki. Drzwi zamknęły się za chłopakiem z głuchym kliknięciem.
Otworzył szerzej oczy. Coś w głębi jego piersi się przebudziło. Zabolało. Wyraz twarzy Takanoriego zmienił się z pogodnego na zaprawiony goryczą. Zdjął kończący się w połowie ud T-shirt, odsłaniając tym swój wciąż chłopięcy tors. Luna Sea. Lubił ten zespół. Ich koszulki były idealne jako piżamy. Odwrócił się i spojrzał w lustro, w którym odbijał się od pasa w górę. Mleczną taflę przecinało długie rozcięcie. Nie było to znamię nadtłuczonego zwierciadła, ale jego własne. Podłużna blizna zaczynała się na obok pępka, a zwężała pod lekko odznaczającymi się spod skóry żebrami. Po wewnętrznej stronie kości biodrowej wiła się jeszcze jedna rana, tym razem drobniejsza lecz głębsza. W porównaniu z pierwszą wydawała się pośpiesznym dźgnięciem noża, a nie leniwym rozcięciem tkanki. Oba znamiona nosił ze sobą od dwóch lat. W głowie Takanoriego zadrżały przebłyski z deszczowego wieczoru, którego nie wrócił już do swojego pokoju w przytułku. Obrazy, które zobaczył były żałosne i brzydkie. Wielokrotnie próbował wyprzeć je ze swojej pamięci równie silnym, jednak pozytywnym wspomnieniem. Niestety nic nie mogło równać się z tą pamiątką…
Westchnął, bo cóż innego mógłby zrobić. Był bezsilny wobec przeszłości, nie mógł jej już przecież zmienić bądź nagiąć. Każda z minionych chwil pozostała za nim, odbijając się piętnem w ten czy inny sposób. Jego zadaniem było pozwolić im się wypalić, nie podsycając więcej dawnego żaru. Miał patrzeć naprzód, między dni, których bieg mógł jeszcze zmienić. Wiedział o tym wszystkim, jednak wciąż borykał się z problemem odcięcia od przeszłości. Zupełnie jakby dano mu tępe nożyczki, którymi nie potrafił rozciąć węzła ciasno wiążącego go ze wspomnieniami. Krzywo wyżłobiona rysa, która łączyła go z tym, co już zwiędło. Delikatne koniuszki palców przejechały wzdłuż bruzdy na bladej skórze. Krótka podróż w czasie. Szkoda, że równie łatwo nie można było zajrzeć w przyszłość.
Wziął prysznic, myjąc przy tym swoje włosy. Osuszył ciało ręcznikiem, po czym okrył nim swoje biodra. Ubrania leżały już gotowe na łóżku, którego zapomniał posłać. Ubrał się, zaczynając od założenia bokserek, po zapięcie przedostatniego guzika koszuli. Chudy nadgarstek przewiązał materiałowym rzemykiem z przywieszką w kształcie krzyża. Pobieżnie uprzątnął w pokoju i wyszedł, by zrobić sobie śniadanie. Tosty i kubek białej herbaty.
Przed wyjściem z domu związał włosy w drobną kitkę i powiesił na ramieniu podręczną torbę. Pogoda tamtego dnia należała do tych ładniejszych. Od tygodni niebo nie było równie bezchmurne. Całe miasto odżyło. Na ulice wysypały się tłumy ludzi, w samym centrum wypełniając je po brzegi. Takanori nieśpiesznie przejeżdżał między budynkami. W oknach mieszkań odbijały się promienie słońca. Koła staromodnego roweru toczyły się po chodniku aż chłopak zahamował przed tyłami kawiarni. Odstawił rower i rozpuścił włosy, przeczesując lśniące kosmyki dłonią. Dzisiejsza zmiana zaczynała się jeszcze przed południem. Zakasał rękawy koszuli, wchodząc do wnętrza przez kuchnię. Od progu przywitał go promienny uśmiech Yutaki. Wymienił się uprzejmościami z brunetem i przewiązał swoje biodra fartuchem. Takanori podszedł do frontowych drzwi, by jak co dzień odwrócić tabliczkę. “Otwarte”.
Obsłużył kilku pierwszych klientów, krzątając się między stolikami. Stojąc za ladą, przyglądał się swojemu odbiciu w ekspresie do kawy. Zastanawiał się, czy dzisiaj znów uda mu się porozmawiać z Akirą. Blondyn wydawał się być dobrym człowiekiem. Wiedział jak go pocieszyć i kiedy lepiej zamilknąć. Dobrze im się razem rozmawiało. Na wspomnienie słów starszego uśmiechnął się subtelnie. Zdecydowanie chciał poznać go lepiej. Takich ludzi jak on i Yutaka brakowało mu do tej pory. Takanori uniósł wzrok, słysząc cichy brzdęk dzwonka. W progu sali zobaczył znajomą twarz.
- Akira… - szepnął, rumieniąc się bezwiednie. Czyżby wiedział, że właśnie zaprzątał jego myśli? Jedno było pewne, mężczyzna miał wyczucie czasu jak nikt inny.
Takanori jeszcze na parę chwil zawiesił tęskny wzrok na sylwetce Akiry. Blond włosy rozświetlało poranne słońce. Proporcje były idealnie dobrane i ich właściciel dobrze wiedział jak to wykorzystać. Ciemna koszula ciasno opinała jego tors. Takanori przyłapał się na przygryzaniu dolnej wargi. Odwrócił speszone spojrzenie na swoje splątane dłonie. Miał nadzieję, że starszy tego nie zauważył. Westchnął głęboko, by uspokoić trochę swoje kołaczące serce. Zebrał się w sobie i podszedł do stolika w kącie sali, który jak zwykle zajął Suzuki. Dzień dobry, Akkun.
tydzień później
czwartek, 1 grudnia
czwartek, 1 grudnia
Dni do końca roku ubywało, a wieczory stawały się w coraz chłodniejsze. Takanori zaczął być wdzięczny losowi, że w pracował w zwykłej (jak na standardy tokijskie) kawiarni. Wiedział, że nie każdy miał tyle szczęścia. Przechadzając się krętymi uliczkami miasta, można było natrafić na wiele zakładów ze ściśle wyznaczonymi tematami. Nawet amator kocich uszek czy picia ze zwierzątkiem futerkowym buszującym w okolicy stolika znajdzie coś dla siebie. Tandetne szyldy krzyczały w ten lub inny sposób o profesji placówki. Uśmiechnięte do granic przyzwoitości twarze pracowniczek kusiły szarych salarymanów, aby odwiedzić kawiarnię. Cieszył się, że nie musiał w taki ziąb paradować przed klientami w kusej sukience i rajstopkach jak robiło to wiele tutejszych dziewczyn. Tym bardziej, że o zboczeńca w tych czasach było łatwiej niż kiedykolwiek…
- … I wtedy wylałem mu kubek gorącej kawy prosto na krocze - kelner opowiedział z przekornym półuśmieszkiem. Był wdzięczny, że ojciec Yutaki wybaczył mu ten drobny postępek. Nie miał zamiaru pozwolić na łajdaczenie swojej godności.
- Auć, dostał za swoje - Akira jęknął z udawaną trwogą o swoje własne skarby. Chłopak jedynie prychnął, przymykając dumnie oczy.
- Coś mu się należało za to chamskie klepanie mnie po tyłku. Nie wspominając już o podszczypywaniu - żachnął się Ruki, w jego głosie słychać było poirytowanie.
- Racja - zgodził się z ciepłym wyrazem twarzy. Chciał nieco ostudzić bojowy nastrój chłopka. - Żałuję, że mnie przy tobie nie było - dodał, odgarniając przydługie kosmyki z czoła Takanoriego. Skorzystał z okazji, by dotknąć powściągliwie dłonią gładkiego policzka.
-Gdyby był przynajmniej w twoim wieku... - westchnął, spoglądając w zadumie na Akirę. Blondyn zatopił się na moment w głębi tej hebanowej pary oczu - Ale nie, mi trafił się jakiś staruch… - dokończył zażenowany, tym razem wyglądając przez okno. Odparł wrażenie, że zobaczył tam jakiś błysk. Oparł łokcie na stoliku, by podeprzeć dłońmi swoją brodę. Dalej grał zawiedzionego. Może Takanori nie byłby dłużej tak zły, gdyby to Suzuki zaczepił go w ten sposób? Wydął wargi, by lepiej zaprezentować drugiemu swoje rozczarowanie. Akira przykrył usta ręką, powstrzymując się od śmiechu
Wskazówka zegara powoli zbliżała się do szóstki. Pomimo chłodu na zewnątrz, we wnętrzu kawiarni robiło się duszno. Obok szorstkiej dłoni Akiry leżała poszarzała od ciągłego czyszczenia stolików ścierka kelnera. Takanori siedział naprzeciwko blondyna, chichocząc cicho do jego żartów i opowieści o kolegach ze studiów. Kawiarnia niedługo się zamykała, a oni spędzali leniwy wieczór przy stoliku w kącie sali. Osiemnastolatek podwinął mankiety kremowej koszuli do łokci. Chwilę później rozpiął również kilka pierwszych guzików przy kołnierzyku, czym ucieszył oczy swojego rozmówcy. Odsłonił fragment swojej cudownie mlecznej skóry i zarys delikatnego obojczyka. Akira przełknął ciężko łyk ostygłej kawy. I jak nie polubić Takanoriego?
- Zaraz wrócę - chłopak napotkał pytające spojrzenie starszego - Yutaka pewnie znów przez przypadek wyłączył klimatyzację, niezdara z niego - pomachał z uroczą manierą do przytakującego Suzukiego i wycofał się na zaplecze.
Akira westchnął, zdając sobie sprawę, że jeszcze kilka minut po zniknięciu kelnera uśmiechał się jak głupi w stronę drzwi z napisem ‘wstęp tylko dla personelu’. Przez swoją słabość do Rukiego czuł się jak typowy zakochany licealista. Zagubiony, ale szczęśliwy. Chłopak wrócił ze związanymi w drobną kitkę włosami, kilka kasztanowych pukli swobodnie okalało jego bladą twarz. Dzięki ciepłemu uśmiechowi, który ułożył się na pełnych ustach, brunet wyglądał jeszcze lepiej. Coś od dawna uśpionego w klatce piersiowej Akiry zaczęło bić szybciej niż dotychczas. Jednak blondyn nie wierzył jeszcze do końca w to, co się z nim działo. Jak ma powinien nazwać to uczucie? Zakochaniem, a może zwykłym zauroczeniem? Pragnął spróbować czegoś, przez co mógłby się o tym przekonać…
- Ruki, masz może jakieś plany na sobotę? - zagadnął Akira, kiedy chłopak wrócił z kolejną tego dnia filiżanką kawy dla niego. Takanori zamruczał w typowy dla siebie sposób, zastanawiając się nad odpowiedzią.
- Od południa jestem wolny - odparł lekko zbity z tropu jego tajemniczym tonem głosu. Spoglądając głębiej w ciemne oczy Akiry, próbował wyczytać z nich ukrytą wewnątrz prośbę. Na krótką chwilę zaoponowała między nimi krępująca cisza - Coś się stało, Aki-kun?
- Pomyślałem, że gdyby ci to odpowiadało, to może… - zawahał się, ale równie szybko wziął w garść, wysypując z siebie słowo za słowem - Chciałbyś się ze mną spotkać sobotnim wieczorem? Wiesz, skoro tak dobrze nam się rozmawia, to byłoby miło spędzić trochę czasu razem, gdzieś poza kawiarnią - dokończył już trochę pewniej, czekając na odpowiedź rozczulonego jego propozycją kelnera.
- J-ja… - zająkał się, wciąż nie mogąc wyjść ze zdziwienia - Dobrze. Brzmi miło - uśmiechnął się pokrzepiająco, zbliżając swoją bladą dłoń w stronę Akiry. Blondyn złączył ich palce ze sobą. Ten drobny dotyk wystarczył, by wysłać dreszcze wzdłuż kręgosłupa Rukiego. Suzuki gładził lekko wystające kosteczki szorstkimi opuszkami palców. Pochylił się aż ich twarze dzieliło jedynie kilka centymetrów. Takanori uniósł wzrok, kiedy usta blondyna dotknęły jego ciepłego policzka. Przymknął oczy, oddając się na parę sekund tej drobnej pieszczocie.
- Czas na mnie, do zobaczenia w sobotę - szepnął dyskretnie do pokrytego kolczykami ucha kelnera. Wstał, przewieszając torbę przez ramię. Zobaczył miękkie zmieszanie na twarzy Matsumoto.
- Do zobaczenia… Aki - odrzekł nieobecnie, unosząc lekko dłoń w geście pożegnania. Uśmiechnął się blado, kiedy starszy odmachał w jego kierunku z pocieszną miną. Akira zniknął za drzwiami wraz z rozproszonym brzdęknięciem dzwoneczka. Pochłonęło go miasto świateł. Takanori westchnął, chowając na chwilę twarz w dłoniach. Poczuł jak to typowe ciepło napływa do jego policzków. Tym razem był pewny, że się rumieni.
Podniesiony głos Yutaki wyrwał go z ciasnych objęć wspomnienia o Akirze. Wstał, dosuwając krzesło do stolika i poprawił swój służbowy fartuch. Ukradkiem zerknął na migoczące refleksami odbicie w oknie. Wyglądał na zakochanego. Jego twarz po raz kolejny rozpromienił delikatny uśmiech. Jeszcze nigdy te drobne świetliki w jego oczach nie tliły się tak jasno.
Któż jednak by podejrzewał, że cień po drugiej stronie ulicy uważnie obserwuje każdy jego ruch. Gdzieś w głębi miasta pędziła karetka. Zagłuszone pstryknięcie aparatu wywołało podobny, choć ukryty pod rondem smolistego kapelusza, uśmiech. Mężczyzna w długim płaszczu spełnił swoje zadanie. Czarne auto z klasą i przyciemnianymi szybami podjechało leniwie, by wchłonąć go do środka. Tylne siedzenia obijała droga skóra. Fotel obok zlewającego się z tłem kierowcy zajmował czarnowłosy mężczyzna w prostym garniturze. Jego młoda twarz nabrała kpiącego wyrazu, kiedy podzielił porozumiewawcze spojrzenie z detektywem. Odginając biały mankiet, jego niepokojąco czarne oczy zanurkowały w dół, by skontrolować godzinę na srebrnym rolexie. 18:21
- I co u mojego braciszka?
